Podlasie to dla niej nie tylko geografia, ale stan ducha: przestrzeń, wolność i brzmienie, które „rysuje obraz” w głowie słuchacza. Monika Horodek – wokalistka związana z Białymstokiem – opowiada o dźwięku zakorzenionym w naturze, o cienkiej granicy między tradycją ludową, a śmiesznością oraz dumie z kresowej melodyjności języka i śpiewu.
Szymon Martysz,Proanima.pl: Jakie pierwsze wspomnienie dźwiękowe z dzieciństwa najbardziej Cię ukształtowało jako wokalistkę?
Monika Horodek: Powiem szczerze: zaskoczyłeś mnie tym pytaniem, bo nie mam jednej, jednoznacznej odpowiedzi. To nie był jeden moment. W moim przypadku to raczej suma doświadczeń – coś, co nazwałabym motywacją i inspiracją, które przychodziły z różnych stron. Najsilniej czuję więź z Podlasiem, ze Wschodem i Kresami. Jest tu inna energia i większa otwartość – nie tylko ludzi, ale też samej przestrzeni. Dla mnie to jest miejsce, które daje warunki do „godniejszego” oddychania, do spokojniejszego życia.
Pamiętam naturę – tę dosłowną, jak również „naturalne dźwięki”: wspólnotowe śpiewy, brzmienia zasłyszane na wydarzeniach publicznych czy jarmarkach. Takich impulsów było dużo.
Jeśli miałabym wskazać wspomnienie, w którym jest coś bardzo osobistego, to z pewnością są to myśli dotyczące Supraśla. Kocham to miasteczko. Mam stamtąd mnóstwo dobrych wspomnień: sielskość, spokój, bliskość przyrody, otwartość ludzi. Urodziłam się w Białymstoku, ale są miejsca, których nie da się opisać słowami – tylko się je czuje. Jako dziecko chodziłam tam na spacery i wycieczki, a później wracałam też na wydarzenia kulturalne. Utrzymuje tam wiele ważnych relacji. Jest też we mnie duchowość – szukanie czegoś głębszego w życiu. I naprawdę czuję to fizycznie. Kiedy dojeżdżam do lasu, już na granicy lasów i puszcz pod Supraślem, mam wrażenie, że wszystko się tam zmienia. Trudno mi to wytłumaczyć, ale to jest jednocześnie uspokajające i inspirujące.
Szymon Martysz: Co dla Ciebie znaczy ludowość w muzyce? Gdzie przebiega granica między żywą tradycją, a stylizacją, która zaczyna być śmieszna?
Monika Horodek: To trzeba wyczuć, bo granica jest cienka. Dzisiaj mamy dostęp do wszystkiego: stylizowane ubrania można zamówić tanio, gotowe „folkowe” elementy są na wyciągnięcie ręki – tylko że często to jest sztuczne.
Dla mnie ludowość to rzemiosło. To poświęcenie czasu, energii i uwagi na coś, co ma przetrwać lata, a czasem pokolenia. Ludowość to tradycja i przekaz – ustny albo praktykowany – w którym jest „zaklęty” moment: historia człowieka, jego życie, to, z czego czerpał. Także materiał: rośliny, zwierzęta, lokalne otoczenie. W muzyce to może być śpiew ptaków, szum wody, szum lasu. To wszystko na nas wpływa i w naturalny sposób przenika do kultury.
Wierzę też, że każdy z nas ma jakiś dar. Ale sam dar nie wystarczy – musi być poparty pracą i warsztatem. Dopiero wtedy to, co robimy, przechodzi przez nas naprawdę i staje się prawdziwe. Z czasem pojawia się też ważne pytanie: po co to robię i dla kogo? Dla siebie – jasne. Ale jest też odbiorca. Co ja chcę przekazać?
Coraz bardziej widzę sztukę jako formę pomocy – nie materialnej, tylko psychologicznej. Nie zawsze trzeba podać komuś dłoń. Czasem wystarczy melodia albo zdanie, które poruszy. To jest coś metafizycznego: działa, choć nie zawsze od razu to widać czy słychać.
I tu jest granica. Jeśli twórca – mówię w cudzysłowie „artysta” – jest nastawiony tylko na dobrą zabawę i zarobek, jeśli chce, żeby było głośno, kolorowo, ale bez głębi, to łatwo przekroczyć tę linię i wejść w kicz i cepeliada. Gdy sięga się po łatwo dostępne środki, robi się tandetnie. To zagłusza prawdę i tradycję – i wtedy ludowość zaczyna być śmieszna.
Sz. M.: Czy są podlaskie pieśni czy motywy, do których wracasz? Jak wybierasz elementy tradycji, które przenosisz do własnego repertuaru?
Monika Horodek: Podlaskie pieśni bardzo mnie inspirują – bo wschód sam w sobie jest inspirujący. Kresy niosą wolność, przestrzeń, naturalną swobodę. Kiedy słyszę pieśń, to ja ją od razu widzę: pole, łąkę, gdzieś w oddali las. Nieważne, czy to utwór wesoły, czy melancholijny – on się „niesie”. Obejmuje większą, bezkresną przestrzeń. A ja czuję się w centrum tej przestrzeni, jakbym stapiała się z otoczeniem. I jednocześnie mam poczucie połączenia: z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Takie utwory łączą nas z przodkami. Zawierają w sobie doświadczenie, którego nie da się wymyślić na nowo od zera.
Jeśli miałabym wskazać, co jest dla mnie najważniejsze, to tekst – duch pieśni. To, czy coś ze mną rezonuje, czy mnie „przenika”, czy jest tam prawdziwa emocja. Lubię też wesołe utwory, lubię tańczyć i się bawić, ale najbardziej pociągają mnie melodie i słowa „o czymś”. To nie musi być fabuła. Wystarczy uczucie: miłość, tęsknota, oczekiwanie. Na przykład pieśni o ukochanym, który wyjechał i nie wiadomo, czy wróci – ta emocja jest w nich bardzo żywa.
A są też pieśni, które mówią prościej: „jestem szczęśliwa, żyję w pięknym miejscu”. Doceniam to, że mogę obserwować cztery pory roku. Dziś często narzekamy: że zimno, że bałagan na ulicach. A przecież zima jest po coś – wycisza, przygotowuje do nowego etapu, do odrodzenia. Za chwilę wiosna. To jest mądrość, którą tradycja potrafi przekazać bez wielkich słów. I ja chcę, żeby takie treści dalej żyły.
Sz. M.: Podlasie to pogranicze – mieszanka kultur i tradycji. Jak ta wielogłosowość wpływa na Twoje brzmienie i sposób opowiadania muzycznych historii?
Monika Horodek: Przede wszystkim bardzo inspiruje – zwłaszcza jeśli ktoś jako artysta nie zamyka się w jednej szufladzie. Pogranicze daje większe pole manewru, więcej możliwości. Ja zawsze czułam, że jestem z Kresów dawnej Rzeczpospolitej. Mam takie poczucie, że część moich przodków może być obrządku wschodniego. Nawet nazwisko trochę to sugeruje.
Kiedy śpiewam muzykę wschodnią, potrafię się w niej zatracić. Nie mam problemu z „przeskakiwaniem”. Ta melodyka jest we mnie wpisana. I to nie jest tylko moje wrażenie – często dostaję sygnały, że wtedy głos „ustawia się” szczególnie naturalnie.
Zdarzało mi się śpiewać z ludźmi z innych kultur, w ich językach – i to było dla mnie bardzo ważne. Będąc w Gruzji śpiewałam po gruzińsku, mam też bliską osobę ze Lwowa, z którą przygotowywałam utwory w różnych językach: starocerkiewnym, greckim, ormiańskim. Ta wschodnia wrażliwość jest u mnie silna. Dla niektórych to trudna muzyka, a ja czuję, że jestem jej częścią.
Sz. M.: Jako wokalistka pracujesz świadomie z głosem. Co w śpiewie tradycyjnym jest dla Ciebie najcenniejsze technicznie – i jak przekładasz to na scenę?
Monika Horodek: Śpiew tradycyjny wymaga fizyczności. Nie chcę mówić „siły” wprost, ale jeśli ciało jest wątłe, to trudno. To jest śpiew naturalny – zaśpiew – który ma się nieść. Kiedyś śpiewano tak, żeby głos dotarł: przez przestrzeń, „od przeszłości do przyszłości”. Żeby kogoś poruszyć, żeby ktoś to usłyszał. Technicznie kluczowe jest uziemienie, kontakt z podłożem – i czerpanie z tego oparcia. Silne ciało, duży i długi oddech. Dykcja też jest ważna, bo słowo pomaga wyprowadzić głos. A kiedy zaczynamy świadomie akcentować słowa, podkreślać sens w zwrotce, to łączy się to naturalnie z myśleniem o piosence aktorskiej – z przekazem.
Ale oprócz techniki jest jeszcze wymiar psychiczny i duchowy. Teksty bywały proste, a niosły ogrom emocji: stratę, tęsknotę, poczucie braku. Trzeba mieć w sobie odporność, żeby to udźwignąć. Ja wierzę, że te pieśni musimy przepuścić przez siebie naprawdę – żeby wyciągnąć sedno i przekazać dalej wartości, które w nich są.
Sz. M.: Czy czujesz, że śpiewasz “kresowo”, nawet jeśli utwór nie jest ludowy? Czy zdarza Ci się w twórczości nawiązywać do Podlasia?
Monika Horodek: Nie w każdym utworze, bo śpiewam różne rzeczy. Ale Kresy są we mnie – nieraz to słyszałam: w zaśpiewie, w sposobie przekazu, nawet w doborze repertuaru, niezależnie od stylistyki.
Ludzie ze Wschodu mają melodyjność w mówieniu i w śpiewaniu. Na Podlasiu pięknie to słychać. Ta melodyjność to szeroki zakres wysokości: nie mówimy monotonnie, nie „klepiemy” wszystkiego mechanicznie. My rozmawiamy emocjonalnie. W naszej mowie rysuje się obraz. Sama się na tym łapię. Słyszysz, ile w mojej wypowiedzi jest „dźwięków”? To się dzieje naturalnie. A pojedziesz trochę dalej na zachód – bywa monotonia, nuda. U nas rozmowa jest śpiewna, żywa. Powinniśmy być z tego dumni, jak pięknie mówimy.
Mam też wrażenie, że przez lata to bywało wstydliwe: że słychać Podlasie, Kresy, Wschód. Ludzie się pozamykali i przestali tak mówić, tak śpiewać. A przecież dawniej ślicznie rozmawiano – wręcz śpiewano ze sobą przy różnych okazjach. Warto to otworzyć na nowo, bo Podlasie jest cudowne pod wieloma względami.
Sz. M.: I pytanie na koniec. Czy jest coś, co chciałabyś przekazać podlaskim artystom?
Monika Horodek: Wszystko zależy od tego, jak patrzymy na siebie: kim jesteśmy i skąd pochodzimy. Jeśli będziemy mieli w sobie wstyd, że jesteśmy ze „ściany B”, to będzie w nas pracowało i wyślemy taki komunikat do otoczenia. Ludzie będą nas tak postrzegać. A jeśli będziemy dumni – to zmienia wszystko. A trzeba pamiętać, że duma to nie jest buta. Duma i buta to są dwie różne rzeczy. Bądźmy dumni z pochodzenia i z historii. Dzięki przodkom żyjemy. Możemy czerpać z ich doświadczenia, z historii zaklętych w sztuce i w muzyce. Tutaj, na Podlasiu mamy wartościowych ludzi: szczerych, mądrych, utalentowanych. I to jest największa siła tego miejsca.
Sz. M.: Dziękuję za świetną rozmowę o Podlasiu!
Przygotował: Szymon Martysz
Fot. Marta Mieszkowska
Artykuł powstał w ramach projektu “Ludowe inspiracje. Nowe opowieści z Podlasia”. Projekt realizowany jest w ramach KPO. GRANTY 2025. A2.5.1: Program wspierania działalności podmiotów sektora kultury i przemysłów kreatywnych na rzecz stymulowania ich rozwoju.

Sprawdź inne artykuły o Podlasiu!
Przeczytaj również: Alfons Karny – rzeźbiarz z Białegostoku. Jego portrety zachwycają do dziś
Przeczytaj również: Placyda Bukowska – odbudowała Białystok. Uczyniła go pięknym
Przeczytaj również: Karol Brzostowski, Rzeczpospolita Sztabińska i krzyże sztabińskie
Przeczytaj również: Józef Kazimierski – Miasta i miasteczka na Podlasiu
Przeczytaj również: Kruszewo. Historia i legenda. Zerwany most i kontrakt z diabłem
Przeczytaj również: Zygmunt Gloger – podlaska muzyka ludowa
Przeczytaj również: Gwara Podlaska – symfonia słów z krainy lasów i pól
Przeczytaj również: Izabela Branicka – białostocka mecenas kultury
Przeczytaj również: Jan Klemens Branicki i jego niezwykłe inwestycje na Podlasiu

