Array
(
    [0] => https://proanima.pl/wp-content/uploads/2026/03/wystawa-retrowersje-nowe-calkiem-stare-szczecinskie-podzamcze-w-trafo.webp
    [1] => 600
    [2] => 401
    [3] => 
)
        

Wystawa Retrowersje w Trafostacji Sztuki, która powstała jako kontynuacja inicjatywy Narodowego Instytutu Architektury i Urbanistyki w Elblągu, gdzie tytułowy termin ma swoje korzenie, oferuje wyjątkowo ożywczą przestrzeń do myślenia o mieście na różne sposoby, począwszy od archiwów, przez metody charakterystyczne dla sztuki współczesnej, po afekt przyszłości obecny w filozofii nowej materialności. Jest wielowątkową rozmową kuratorstwa sztuki z architekturą miasta, praktyk artystycznych z historią jego odbudowy oraz mediów z tożsamością materii. Spotkałam się ze współkuratorem Retrowersji, historykiem sztuki i dyrektorem szczecińskiej TRAFO, Stanisławem Rukszą, by porozmawiać o pamięci tkanki miejskiej, czyli materiałów, z których Szczecin był i jest odbudowywany, o pamięci jej mieszkańców, o implikacjach historii, ale również o nadziei na przyszłość oraz dążeniach związanych z odbudową Podzamcza.

Alicja Kamiński-Szuper: Chciałabym na wstępie zapytać o samo zjawisko retrowersji, ponieważ w artykułach dotyczących tej pierwotnej odsłony tematu dokonanej za pomocą metod sztuki współczesnej w Elblągu przez Narodowy Instytut Architektury i Urbanistyki można się spotkać z posądzeniem retrowersji o kicz ze względu na to, że dużo imituje.

Mówicie wystawą o szczecińskim Podzamczu o tym, że to nie jest imitacja, a uwspółcześnione odniesienia do historycznych elementów architektury nie są naśladownictwem, tylko reinterpretacją i przekonstruowaniem dawnej tożsamości miasta. Przywołując zdjęcia z wystawy i cały materiał wizualny, także archiwa, zastanawiałam się ostrożnie, czy ten kicz jest jakkolwiek obecny na tej wystawie i jak wy jako kuratorzy odnosicie się do tego zarzutu?

Stanisław Ruksza: Myślę, że nie. Znacznie więcej kiczu jest właśnie w tej lukrowanej architekturze końca XIX wieku, która jest po prostu zlepkiem różnych neostylów i opiera się na adaptacji żeliwnych matryc, które masowo umożliwiły ornamentykę, konstruując coś, co wygląda „na bogato”. Na marginesie, kicz dla mnie, idąc za kategorią stworzoną przez Hermanna Brocha,  kategorią mentalną, a kicz estetyczny jest często świadomie używanym zabiegiem – zresztą, nie bez przyczyny różnego rodzaju queerowania rzeczywistości bardzo pomyślnie adaptują kicz. Wcześniej to robiły różnego rodzaju subkultury, czy w ogóle sztuka używała tego bardzo świadomie w XX i XXI wieku.

W przypadku architektury Podzamcza występują raczej luźne nawiązania, niepozostające jednak zakładnikami przeszłości – typowe dla tego, co robił postmodernizm w architekturze. Nie mamy do czynienia z odbudową, tylko z budową nowego miasta w nawiązaniu do historii, która jest obecna w jego tle.

W tej wystawie nie myśleliśmy jedynie o historii odbudowy polskiego Szczecina, ale także o ludziach, którzy zaczęli się opiekować miastem i rozwijali synkretyczny, włączający stosunek do historii, który wówczas, w latach osiemdziesiątych oraz dziewięćdziesiątych, był inny niż obecnie wobec tego, co poniemieckie – przełamujemy różnego rodzaju resentymenty.

Alicja Kamiński-Szuper: Po wystawie o elbląskiej retrowersji pojawiały się nagłówki: Nowi patrycjusze na nowej Starówce, czyli pojawia się założenie, że w miejscach zabytkowych, kojarzących się właśnie z wysokim statusem bądź aspirujących do niego, mogą osiedlać się tylko ludzie o pewnej władzy ekonomicznej. Tamtą Starówkę odbudowywali jednak „zwykli” mieszkańcy, studenci, artyści, osoby w kryzysie bezdomności; wysiłek był kolektywny. Wobec tej rzeczywistości ironiczne jest wciąż obecne mniemanie, że prawo do zamieszkania w większym stopniu determinuje status społeczny niż praca włożona w jego istnienie i kształtowanie.

Stanisław Ruksza: Jeśli zaledwie dwadzieścia lat temu spojrzelibyśmy za okno TRAFO Trafostacji Sztuki, nie byłoby ani budynku obok, ani najbliższych hoteli, ani samej galerii, która była ruiną po dawnej transformatorowni prądu. Widać było stąd Odrę, a w pobliżu stał tylko kościół. I budynek spółdzielni Selsin, w którym również odbywają się wystawy sztuki współczesnej, a który oczekuje remontu w najbliższych miesiącach. Krajobraz po drugiej stronie rzeki był w ruinie.

Trudno mówić do końca o odbudowie, bo oprócz Zamku Książąt, który był odbudowywany w latach siedemdziesiątych jako Wojewódzki Dom Kultury, niewiele było. Był hotel Arkona i rząd trzy, czteropiętrowych budynków mieszkalnych na linii zamku, odbudowany w latach sześćdziesiątych, a poza tym pole ruin, gdzie zostały zaadaptowane na wystawę dwudziestolecia Ziemi Szczecińskiej metalowe budki tworzące teren a’la rekreacyjny czy wystawowy. Aż do lat osiemdziesiątych trudno mówić o rzeczywistej odbudowie, jak w przypadku Gdańska czy Warszawy, gdzie kompleksowo rozwijało się całe miasto wraz z procesami odbudowy starówek.

W Szczecinie dzieje się to, co ciekawe, za sprawą pewnej działalności oddolnej. Tutaj można użyć terminu, którego ja nie lubię, ale on konotuje status ekonomiczny osób zaangażowanych w odbudowę miasta, były one, lub starały się być mianowicie takimi protokapitalistami z kupieckich i rzemieślniczych zrzeszeń lat osiemdziesiątych. Okres wczesnych lat dziewięćdziesiątych to z kolei początek procesu transformacji w Polsce i nadziei na wielkie biznesy. Wtedy zresztą nie myślano jeszcze, że w myśl tej neoliberalnej logiki są wygrani i przegrani. Widzę to trochę jako odbicie ambicji tamtego czasu – zresztą bardzo podobnych do tych w wielu innych regionach, jeśli spojrzymy na architekturę postmodernistyczną.

Gdyby sporządzić mapę ekonomiczną Szczecina, to powiedzmy sobie, że bogatsi mieszkańcy tego miasta żyją raczej na obrzeżach i poza Śródmieściem czy centrum. Dzisiaj się okazuje, że ludzie, zwłaszcza młodzi, chcą żyć w Centrum. Słyszę czasem zdziwienie wobec tego faktu od tej czy innej osoby spoza sfery kultury, bo przecież w centrum jest bardziej brudno, być może mniej bezpiecznie. To się oczywiście zmienia, bo miasta wracają do łask. Dwadzieścia lat temu wracają również ruchy miejskie w Polsce. Proces myślenia o miejskości, o aktywizmie, czyli o dzisiejszym obywatelstwie w miastach zaczął się zmieniać. Ówcześnie centrum miasta nie było aż tak kojarzone z miejskością – musimy pamiętać, że przez bardzo długi czas wiele kamienic w środowisku śródmieścia miało toalety na półpiętrach i brak dostępu do ogrzewania. Są też kwestie higieniczne związane z architekturą.

Architekci marzyli zawsze, zwłaszcza w XX wieku, o tym, żeby mieć całkowicie (!) nowe pole do popisu, niekoniecznie budować miasta w stylu średniowiecznym czy nowożytnym, ale podejmować wyzwania, którym w ślad idą nowe sposoby współegzystowania, rozwój i nowe środki transportu, inne zagospodarowanie miast. Le Corbusier marzył o tym, żeby wyburzyć najstarszą część Paryża, której Osmond nie zdążył w XIX wieku przebudować, i postawić tam wysokościowce. Całe szczęście tego nie zrobił. Wiemy też, jaka jest ta druga strona medalu: że z odbudową wiążą się różnego rodzaju drobnomieszczańskie ambicje i wyobrażenia. Nie było jeszcze wtedy świadomie zakorzenionego pojęcia życia społecznego, ale to były właściwie te same ciągoty – mieć starówkę z kafejkami, być jak turystyczna Praga czy Kraków. Patrząc z przymrużeniem oka, nie architektonicznie, ale przez pryzmat zwykłego życia ludzkiego, to są to całkiem urocze marzenia.

Alicja Kamiński-Szuper: Mnie przychodzi na myśl w kontekście wyburzania oraz odbudowywania dość niejednoznaczna sytuacja z doświadczenia, mianowicie dzieje i koniec Galerii OS17 przy ulicy Bałuki, związanej z Akademią Sztuki w Szczecinie, w której systematycznie miały miejsce obrony dyplomów, niezależne wystawy i życie towarzyskie. Kilka tygodni temu kamienica, w której mieściła się galeria, została zaanektowana przez miasto – zdaje się, że do wyburzenia pod kolejny apartamentowiec. Nagle jednego z najważniejszych i najlepiej dostępnych dla osób studenckich miejsc na mapie Centrum nie ma i rozpoczyna się tułaczka.

Stanisław Ruksza: Ktoś ma miejsce i pole do realizowania miejskich ambicji, a ktoś inny coś stracił. Wydaje mi się, że centrum staje się atrakcyjne ze względu na ten ruch i przemiany – one troszeczkę mobilizują samoorganizację przez takie straty, poniekąd zmuszają do niej, ale jednocześnie sprzyjają jej. OS17 był jednym z pierwszych miejsc, do których trafiłem, przyjeżdżając po raz pierwszy do Szczecina. Jeszcze nie wiedziałem, że kilka miesięcy później będę startował w konkursie na dyrektora TRAFO. Byłem wtedy w jury Młodych Wilków i rzeczywiście OS17 było wtedy zaangażowanym miejscem. Z jednej strony żałuję, z drugiej nie wiem, jaki miał charakter dokładnie umowa między miastem a najemcami – czy aby przypadkiem nie była  właśnie do czasu, kiedy po prostu znajdzie się nabywca i inwestor do budynku.

W takim przypadku można uznać, że w jakiś sposób OS17 była jednym z takich elementów gentryfikacyjnego użycia sztuki. Ale ja mam nadzieję, że nie jest wszystko stracone, potrzeba tylko grupy inicjatywnej, i miasto, i uczelnie mają budżet na działania kulturalne. Można pomyśleć nad kolejnym miejscem. Gdybyście szukali/szukały poparcia innych instytucji w takim sensie wsparcia, to TRAFO na pewno jest i ja chętnie poprę, bo uważam, że nie ma nic gorszego niż monopol jednej instytucji. W ogóle słabo rozwija się środowisko, które ma tylko dwie czy trzy galerie. Potrzebne są różne języki i środowiska, również w Śródmieściu, które jest chwilami niedocenione, bo ma charakter miast robotniczych z końca XIX wieku. Spokojnie mogłoby być jednak zaadaptowane do współczesnego pojęcia miejskości. To natomiast, czy wykształcą się relacje społeczne oparte na równości, wzajemnej empatii i trosce, nie zależy już od ładnej architektury, tylko od tego, jacy są mieszkańcy, a jeśli Szczecin ma taki być, to pozwala na to nawet Śródmieście.

Alicja Kamiński-Szuper: Czy jako współkurator był pan już wcześniej, przed powstaniem tej wystawy, ekspertem od historii i tkanki Szczecina bądź specjalizował się w architekturze?

Stanisław Ruksza: Nie. Jestem historykiem sztuki, zajmuję się nowoczesnością, współczesnością, ale w związkach transdyscyplinarnych, czyli sztuki w relacjach z różnymi obszarami życia, czy też nauki. Architektura, a przede wszystkim nauki społeczne z nią związane oczywiście nie są mi obce, jestem świadomy narzędzi, które te dziedziny wykształciły i używają, bo zwyczajnie stanowią one podstawy ustanawiania miasta, zwykle na długie lata. Było to dla mnie nowe terytorium i pewna przygoda intelektualna, zwłaszcza biorąc pod uwagę, na ile lat już związałem swoje losy ze Szczecinem. Na szczęście nie robiłem tego sam, bo wystawa powstała we współpracy z Emilią Orzechowską oraz Mateuszem Włodarkiem, który z całej naszej trójki był najbardziej odpowiedzialny za kwestie architektury, archiwów oraz spotkań z mieszkańcami, którzy współtworzyli dzieje odbudowy Podzamcza.

Wydobyta została część historii, jak się okazuje, zapomniana przez Szczecinian: projekty, według których przy Trasie Nadodrzańskiej miały stać jedenastopiętrowe wysokościowce, czyli takie właśnie jak z marzeń Le Corbusiera nad Sekwaną w Paryżu. Emilia wnosiła z kolei kontekst elbląskiej retrowersji, bo tam właśnie miała miejsce pierwsza wystawa Narodowego Instytutu Architektury i Urbanistyki. Mnie z kolei zależało, żeby nie była to jedynie wystawa opiewająca Szczecin, ale żeby, wychodząc od kontekstu konkretnego miejsca, pokazać procesy globalne związane z postawami wobec odbudowy miast na całym świecie, mających miejsce z różnych przyczyn – po różnych wojnach, nie tylko tej drugiej, ale też po kataklizmach naturalnych. Interesujące jest, jak debatujemy o miastach – wydaje mi się, że nie dość i właśnie dlatego ta wystawa powstała, ponieważ jesteśmy świadkami procesu ustanawiania tej części miasta w kontekście zarówno odbudowy tak zwanego nowego Starego Miasta, jak i jego otwarcia na rzekę.

Burzy i zmienia się najtrudniej. Nie chodzi o impuls destrukcyjny, ale o koszty odbudowy, o mieszkańców i społeczności, które dany obszar gospodarują. Decyzje przebudowy miast zwykle są czymś bardzo istotnym w dziejach historii architektury. Ten proces tutaj, jak zostanie ukończony, bo jeszcze trwa, to na pewno nie będzie przez długi czas zmieniany, więc jak najwięcej debatujmy o tym, co się dzieje i miejmy na to wpływ jako mieszkańcy i użytkownicy. To był mój impuls: dlaczego chciałem w tym brać udział, też jako kurator.

Kolejny powód był taki, że w przypadku projektów artystycznych o bardziej naukowym charakterze jednoosobowa wiedza po prostu nie ma możliwości, żeby stworzyć uczciwą wystawę. Bardzo cieszy mnie taki dialog, do którego zapraszani są specjaliści, w którym nie ma figury, tylko jednego wszechwiedzącego kuratora i jest okazja na wniesienie aktualnej szczecińskiej perspektywy – zwłaszcza za sprawą dzieł artystów. Stworzyli ożywcze dopełnienie, bo mogła być to równie dobrze czysto archiwalna wystawa o rzeczy bardzo współczesnej, a zamiast tego pozwolili na skonstruowanie ciekawego rodzaju psychoterapeutycznej rozmowy o historii i tożsamości miasta.

Alicja Kamiński-Szuper: Czy projekt do strony logistycznej miał swoje źródło w pracy z archiwami? Zastanawia mnie, czy dzieła zostały stworzone w kontakcie z nimi, a praktyki artystyczne istniały już wcześniej i artyści wystąpili w roli interpretatorów? One w kluczowy sposób zdają się pozwalać na odejście od typowo muzealnych praktyk przerabiania lokalnej historii, na przykład instalacji z planszami zawierającymi ściany tekstu, które pojawiają się przecież także w przestrzeni publicznej oraz w instytucjach. Informacyjne i artefakty tylko tego przedstawienia odbudowy miasta z perspektywy właśnie sztuki współczesnej z praktykami artystycznymi.

Stanisław Ruksza: Nie ma nic gorszego we współczesnym kuratorstwie niż wystawy planszowe w instytucjach, a niestety spotykamy to nawet w Szczecinie, i to w instytucjach publicznych. Jeszcze gorsze są chyba tylko obrazy czy plakaty poustawiane na sztalugach, co też się jeszcze zdarza. Jesteśmy w trzeciej dekadzie XXI wieku. Można spojrzeć z łatwością na aktualne praktyki kuratorskie, muzealnicze, wystawiennicze, międzynarodowe.

Projekt w powstał jako idea w Narodowym Instytucie Architektury i Urbanistyki, wymyślony oraz zainspirowany przez Mateusza Włodarka i Zuzannę Mielczarek, która dzisiaj pracuje w Galerii Foksal w Warszawie. Kiedy go przygotowywali, odbieraliśmy właśnie za wystawę Kryjówki Natalii Romik Nagrodę Architektoniczną roku w Warszawie w Zodiaku. Mateusz i Zuzanna podeszli do mnie i opowiedzieli, nad czym pracują w Elblągu, i to, co zrobili w Centrum Sztuki Galeria EL, mogło mieć swoje rozwinięcie w Szczecinie.

W książce Między Szczecinem a Szczecinem Jana Musekampa pojawia się wątek odbudowy Szczecina na różnych etapach i z perspektywy relacji polsko-niemieckich. To ważne spojrzenie ze strony psychologicznej na długi proces zapominania, na smutną historię germanofobii, którą mamy w Polsce, na strach przed odebraniem tego, co na nowo i pieczołowicie odbudowywane.

Bacząc na te mechanizmy historyczne, stwierdziłem, że to jest świetna okazja do tego, żeby porozmawiać o architekturze, porozmawiać o centrum miasta, o starych kamienicach odbudowanych zgodnie z archiwami w latach siedemdziesiątych na Rynku Siennym, ale poprowadzić tę rozmowę ze współczesnej perspektywy.

To dało okazję do spotkania z artystami – już przy pierwszej okazji Emilia, Mateusz i Zuzanna zaprosili na przykład Maćka Cholewka, Krzyśka Maniaka czy Dominikę Skutnik, której trzy prace są tutaj na wystawie, a zostały przeniesione z Elbląga. Skutnik używa pigmentu ze stresowanych cegieł, które były wysyłane z Elbląga na odbudowę Gdańska czy Warszawy. To tak samo, jak w przypadku Szczecina, wobec którego przez bardzo długi czas dokonywano polityki rabunkowej wobec miasta po prostu jako na materiał, na budulec, nie wspominając o tym, że wczesny Związek Radziecki rozkradł co się dało, wywożąc fragmenty stoczni, portu czy fabryk.

Wątki sztuki współczesnej wniosły do faktów historycznych emocjonalną stronę i uznaliśmy, że to również dla nas jest naturalny język, którym większości z nas operujemy. Trudno nam by było zrezygnować z tej możliwości – myślę, że idąc po mieście jako turysta albo jako mieszkaniec, na pewno się nie odbiera miasta na poziomie faktów, osi czasowej czy historii transformacji, tylko właśnie emocjonalnie.

Alicja Kamiński-Szuper: Rzeczywiście, mówi się o atmosferze miasta, o tym, czy się miasto lubi, czy nie, czy się je kocha. Przy okazji pracy Zuzanny Skurki Studia materialności podzamcza myślałam o tym, w jak dużym stopniu myślenie odbywa się za pomocą rąk – dotyku, pracy manualnej, w fizycznym kontakcie z materią. Ciało na co dzień jest bardzo wyobcowane od miasta. Ciało na co dzień jest bardzo wyobcowane od miasta. W takich skrajnych przypadkach jak Nowy Jork chodzi się jak mrówka w labiryncie wieżowców, ale w każdym mieście do pewnego stopnia jest tak, że chodzi się jak po white cube, nie dotyka się ścian ani obiektów, nie jest się bezpośrednim kontakcie z krajobrazem. Haptyczność wcześniej przywołanej instalacji, mającej w zasadzie charakter stołu sensorycznego, przybliża miasto, czyni treści w nim obecne namacalnymi w dosłowny sposób. Myślę więc, że rola wszystkich osób, które pracują manualnie ze strukturą miejską, czyli architektów, projektantów, konserwatorów, w wyjątkowy sposób niesie za sobą jednocześnie przywilej i odpowiedzialność.

Stanisław Ruksza: Ta praca przynosi wiele wiedzy pod kątem konstruowania tkanki miejskiej w duchu ekologicznej „nowej materialności”. Wspomnę też o Witaczu dla miasta przyszłego i przeszłego autorstwa Macieja Cholewy, która ma formę potykacza wskazującego dwa przeciwległe kierunki naraz. Myślimy o miejscu, które jest starsze, które jest retrowersyjne, przez pryzmat delikatnych nawiązań. Obie prace snują wizje nowych możliwości materialnych naszego jutra.

W książce o wystawie Projekt Metropolis na Górnym Śląsku i Zagłębia sprzed dziesięciu lat pisałem, że nie ma jednego miasta, nie ma nawet czegoś takiego jak Śląsk czy Katowice, tylko jest po prostu złożony organizm. Znalazły się w tej książce prace artystek, artystów, naukowców, którzy pisali o tym, że to, co określamy szeroko upowszechnionymi nazwami własnymi, to zróżnicowane pod kątem ekonomicznym i kulturowym miasta w mieście, regiony w regionach. Uzmysłowił mi to nieżyjący już tancerz Rafał Urbacki, który po utracie czucia w nogach od kolan w dół ponownie nauczył się chodzić. Wyczulony na czynność chodzenia zwracał uwagę na to, jak masy ludzi poruszają się w różnych przestrzeniach. Powiedział do mnie kiedyś: popatrz jak ludzie chodzą po Katowicach, tutaj w okolicach dworca, gdzie przechodzą tysiące ludzi dziennie jest przestrzeń tranzytowa, inna, niż tam, gdzie mieszczą się kawiarnie i sklepy, tam ludzie zwalniają. Architektura i miasto wpływają na to, jak się po nim ruszamy – przede wszystkim na tempo i sposób chodzenia. Bardzo często nieświadomie ulegamy architekturze.

Alicja Kamiński-Szuper: Pozostał jeszcze wniosek, że materia miasta funkcjonuje podobnie jak ciało, szczególnie w kontekście pamięci. Poczucie tożsamości miasta wyrasta właśnie z historii materiałów. Sam budulec jest jednak pozbawiony materialistycznej cechy samoodbudowy; do tego potrzebna jest obecność z miejscem.

Stanisław Ruksza: W przywołanych już wcześniej Kryjówkach obiekty z wystawy były odbitymi w silikonowych formach rzeźbiarskich, śladami struktur miejsc, w których ukrywała się ludność żydowska w czasie wojny. Na przykład pusty dąb, w którym chowało się dwóch braci w Wiśniowej, czy fragment grobu na Okopowej, gdzie mieściła się wykopana i zamurowana kryjówka na około trzydzieści osób. Te rzeźby, będące odciskami tych miejsc to znacząca materialność, chroniąca człowieka.

Alicja Kamiński-Szuper: Myślę, że w tym sedno, żeby nie zamykać się w studiu artystycznym, tylko pójść w miejsce, o którym się mówi.

Stanisław Ruksza: Dokładnie, fizyczna obecność z materiałem jest kluczowa dla dialogu. Nam również o to chodziło w Retrowersjach, żeby nie zawłaszczać miasta w ideologiczne ramy historyczne, bo historia odbudowuje się po to, żeby dekonstruować mechanizmy, które powodują, że myślimy w kategoriach zależności, szczególnie jednostronnych.

Alicja Kamiński-Szuper: Intrygująca jest również obecność wody i Szczecinie, przeciętym Odrą, i na wystawie – w instalacjach dźwiękowych Małgorzaty Mazur i Łukasza Jastrubczaka z CENTRUM CENTRUM mamy serię trzech narratorów, jednym z nich jest woda.

Stanisław Ruksza: Tak, mamy do czynienia z podłożonymi głosami artystów, ale również z nagraniami tekstów wielu świadków o sceptycznych postawach wobec tego, co może się udać w sensie odbudowy i całego procesu ustanawiania części miasta na nowo.

Alicja Kamiński-Szuper: Na wystawie w żywiole wody podkreślona jest jej dwojaka natura jako zarówno spoiwa, jak i rozpuszczalnika, Szczecin natomiast woda dzieli na wyjazd i centrum, Prawobrzeże i Lewobrzeże, które mają bardzo różne opinie, są inaczej traktowane – jednocześnie średniowieczny gród, pramiasto, nie powstałoby takim, jakim jest, nie byłoby częścią szlaku handlowego, gdyby nie obecność rzeki.

Stanisław Ruksza: Kiedyś miasta powstawały wokół rzek, ale też były okresy, kiedy były od nich odłączone. Przemyślenia na temat tego, czym Odra jest dla Szczecina obecnie z inicjatywą Narodowego Parku Dolnej Odry, to bardzo przyszłościowe zagadnienie. Pamiętajmy też, że zimnowojenny układ miał mieć granicę przebiegającą właśnie na Odrze. To oznacza, że ta część, w której jesteśmy w TRAFO, czyli Lewobrzeże, byłaby w Niemczech – właściwie do późnych lat pięćdziesiątych w Szczecinie było do końca pewności, czy ta część naprawdę będzie polska. Trudno nam teraz to dociec na pewno, bo brakuje dokumentów, ale być może stąd tak późno w okresie PRL-u zaczęto inwestować w nowe budynki w tym mieście.

Swoją drogą, goście zza granicy goszczący w Polsce dziwią się, ile musiała kosztować rekultywacja naturalnej roślinności dookoła rzeki, np. za Kępą Parnicką, którą prawdopodobnie właśnie utraciliśmy na rzecz masowej deweloperki. Pamiętajmy, że w Szczecinie zawsze było dużo zieleni w okolicach Odry. Szczecin rzeczywiście w ostatniej dekadzie wrócił do rzeki. Ona przestała dzielić miasto, między innymi dzięki temu, że jest obudowywana przez instytucje kultury – na Walach Chrobrego mamy Muzeum Narodowe, Teatr Współczesny ma pojawić się obok Morskiego Centrum Nauki, ma być nowy Most Kłodny, również proces odbudowy odnogi oddanej Staremu Miastu trochę potrwa, ale życie dzięki temu toczy się po obu stronach. Rzeka powinna być miejscem przepływu wody, ale też życia społecznego.

Alicja Kamiński-Szuper: Na Retrowersjach Podzamcze po części mówi samo za siebie, historia nie zostaje jednak zilustrowana, ale jest rekonstruowana ze wspomnień, z momentów zachwytu nad szczegółami znajomego miejskiego krajobrazu, ale i z nękających go niepokojów. Nie ma tutaj ucieczki od konstruktywnej samokrytyki ani sceptycyzmu; jest jednak miejsce na optymizm oraz planowanie przyszłości w jego duchu. Przestrzeń konceptualna stworzona na wystawie rozkłącza autentyczną emocjonalność odbiorców i mieszkańców miasta drogami faktualnych źródeł w kierunku współpracy w myśleniu między dziedzinami sztuki, architektury oraz urbanistyki. Przypomina skrupulatnie skonstruowaną sieć kontekstów osobistych i globalnych, czerpiącą nie tylko z przeszłego doświadczenia kuratorskiego współtwórców, ale przede wszystkim z aktualnych wydarzeń dotyczących odbudowy Szczecina, zastanawiając się nad tym, co je determinuje oraz ich znaczeniem dla życia w mieście w najbliższych dekadach. Pośród retrowersji oraz podobnych w swej podstawie poniedziałkowych paprotek i paneli dyskusyjnych o wolnej kulturze, które skupiają wielogłosowy Szczecin skuteczniejszym niż kiedykolwiek nagłośnieniem, a także otwartością, pojawia się w mieście perspektywa zgranego, twórczego samostanowienia.

Załączone zdjęcia: Retrowersje. Nowe, całkiem stare szczecińskie Podzamcze, TRAFO Trafostacja Sztuki w Szczecinie, 30.10.2025 – 8.02.2026, fot. Szymon Sokołowski / Archiwum Narodowego Instytutu Architektury i Urbanistyki

Rozmowę przeprowadziła Alicja Kamiński-Szuper

Spodobał Ci się nasz artykuł? Sprawdź inne teksty!

Przeczytaj również: Młócka. Reportaże o pracy przyszłości – recenzja.
Przeczytaj również: Ostatni proces, Tobias Buck – recenzja książki wydawnictwa Czarne
Przeczytaj również: Konsulat, Stalowy szept – recenzja książki
Przeczytaj również: „Kocina. Zapiski z doliny” uznane komiksem roku 2025
Przeczytaj również: Adam Bujak, Pamięć Warszawy – recenzja. Trudna historia stolicy
Przeczytaj również: “Gra kłamstw” Ruth Ware – recenzja książki
Przeczytaj również: Opowieści z Dawnych Dni, czyli Silmarillion raz jeszcze – recenzja | Wydawnictwo Zysk

Nic dla Ciebie? Wybierz, co chcesz przeczytać!

recenzje książek
recenzje filmów
recenzje płyt
relacje ze spektakli teatralnych
artykuły o sztuce
recenzje komiksów
nowinki technologiczne

Ucz się z nami! Poczytaj o kulturze w obcym języku:

angielski
francuski
niemiecki
ukraiński

Sprawdź naszą ofertę wolontariatu – dołącz do naszej ekipy i buduj z nami Portal Proanima.pl!

Udostępnij:


2026 © Fundacja ProAnima. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Przejdź do treści