W końcowych scenach serialu „Anioły w Ameryce” jeden z głównych bohaterów postawiony przed sądem złożonym z aniołów wygłasza płomienną mowę w obronie ludzkości. Stwierdza z całą stanowczością, że ludzkość jest cały czas w ruchu, nie może się zatrzymać. Nawet jeśli deklaruje taką chęć, to jest to jedynie pragnienie. Nic poza tym. Zdaje się, że Lana Del Rey sądzi inaczej. Na swojej siódmej płycie „Chemtrails Over the Country Club” prezentuje nam 11 utworów w znanej nam doskonale monotonnej manierze. Najdziwniejsze, że pomimo tego płyta się broni i słucha jej się zaskakująco dobrze.

Po prostu piosenki

Najchętniej obróciłbym brak chęci artystki do jakiejkolwiek ucieczki z wystudiowanej dyscypliny w żart i skwitował stwierdzeniem o pozytywnych skutkach rzeczy stałych na świecie. Bo cóż można pisać o kolejnych sennych pop piosenkach, w których centralnym punktem jest sama Lana Del Rey, która tym razem nie przeklina jak czyniła to na poprzednim, wysoko ocenianym albumie Norman Fucking Rockwell!. Można śmiało przylepiać jej wszystkie naklejki od „hollywoodzkiego snu”, aż po bogatą, uprzywilejowaną dziewczynę z Ameryki. Nie zmienia to faktu, że te piosenki są po prostu dobre. Spora w tym zasługa jej współpracownika Jacka Antonoffa.

Dobrze wypada nawet cover „For Free” wykonywany w oryginale przez Joni Mitchell. Wokalistce pomagają przy nim Zella Day i Weyes Blood. Dopracowany w każdym szczególe, dzięki zmianom głosów zyskuje na dramatyzmie. Każdy utwór pisany jest jakby według tego samego wzorca. Spokojny wstęp, stopniowanie napięcia, krótkie i mocniejsze akcenty oraz swobodny wokal. Najwidoczniej słychać to w „Wild At Heart”.

Atmosfera na albumie należy do intymnych, co podkreśla otwierający album fortepian w utworze „White Dress”. Warto zatrzymać się przy nim na dłużej. Doceniam spryt artystki, która przemyca małe dopiski w tekstach łącząc nas z emocjami niekoniecznie należącymi do niej. I tak w tekście do otwierającego utworu pojawia się Sun Ra, zespoły White Stripes i Kings of Leon. Jednocześnie przemyca w refrenie takie szpilki: „Down at the men in music business conference”. Zresztą mroki show-biznesu występują w tekście wyraźniej, dając do myślenia. Trudno oprzeć się takiej zręczności.

Nie zakłócać głównej bohaterki

To mogła być płyta przeładowana do granic. Tymczasem dostajemy minimalne aranżacje zamieniające się w przystępne melodie, co zaskoczeniem nie jest. Ciekawym punktem jest „Dark But Just a Game”. Przejrzysta stylistyka, perkusja, fortepianowe przełamanie i przekleństwo. Zasadniczo najmniej podoba mi się „Let Me Love You Like a Woman”. Jest nazbyt oczywisty i prezentuje za dużo ogranych patentów. Natomiast „Tulsa Jesus Freak” oceniam dużo wyżej. Nie do końca trzeźwa atmosfera została dobrze oddana przez rozchwianą aranżację. Mamy w nim wątek religijny pomieszany z ginem i amerykańskim południem.

Południowy akcent z gitarą akustyczną wraca jeszcze w znaczącym „Breaking up slowly”. Tym razem artystce towarzyszy Nikki Lane. Druga część płyty jest znacznie bardziej wyciszona. Poza wspomnianym wyżej utworem mamy jeszcze brzdąkającą balladę „Not All Who Wander Are Lost” oraz miło wzbogaconą piosenkę „Yoseemite”. Sugerowałbym bliżej zapoznać się z tą drugą.

Najwięcej uwagi zwróci utwór tytułowy. Pomoże mu w tym na pewno teledysk, w którym reklamowo wyglądający american dream przemienia się w horror. Choć osobiście wolę ten utwór bez wizji. Jest nagrany zgodnie ze wzmiankowanym wyżej przepisem, ale mam wrażenie jakby zespół towarzyszący, jak również sama wokalistka, przyłożyli się tu bardziej. Więcej tu mocniejszych akcentów, wejście smyczków robi robotę, choć na początku łatwo je przeoczyć. Tak tu wszystko zostało pocieniowane, żeby nie zakłócać głównej bohaterki.

 

Lepsza od royalsów

Najłatwiej pewnie byłoby by się natrząsać z tej płyty albo mojej postawy. Zakładam, że mógłbym się starać sztucznie bronić pisząc o „grzesznej przyjemności”, ale jestem po kilku bliższych spotkaniach z Fran Leibowitz na Netflixie i stąd wiem, że nie ma czegoś takiego jak przyjemność, która byłaby powiązana z grzechem. I tak zamierzam podchodzić do muzyki Lany, a w szczególności do „Chemtrails Over the Country Club”.

Czego chcieć więcej od muzyki pop? Wiemy już, że obecnie jest wytworem bardziej przemysłowym niż artystycznym, ale skoro ludzie naprawdę mogą fascynować się nową wersję „Ligi Sprawiedliwości” albo wywiadem royalsów u Oprah to dlaczego odmawiać komuś niskokalorycznej przyjemności posłuchania dobrych piosenek?
Lana Del Rey – “Chemtrails Over the Country Club”, Interscope Records 2021.

 

Jarosław Szczęsny – entuzjasta muzyki oraz literatury albo na odwrót. Pisze również na Nowamuzyka.pl.

🟧 Poprzedni tekst autora: Książki o muzyce, które trzeba przeczytać!
🟧 Przeczytaj: Nick Cave & Warren Ellis – Carnage
🟧 Przeczytaj: Filip Łobodziński – jestem tłumaczem dość ofensywnym

Udostępnij:

FacebookTwitter


Scroll Up
Skip to content

Rejestrując się zgadzasz się z naszą Polityką prywatności, a także wyrażasz zgodę na otrzymywanie bezpłatnych biuletynów. W dowolnym momencie możesz zrezygnować z subskrypcji klikając w link na dole każdego biuletynu.