Wywiady, Muzyka, Literatura

Filip Łobodziński – jestem tłumaczem dość ofensywnym

Autor: Jarosław Szczęsny | Data dodania: 01.02.2021
Filip Łobodziński

Filip Łobodziński zajmuje się w życiu wieloma sprawami. Można go określić mianem dziennikarza tłumacza, muzyka, pasjonata literatury czy aktora. Wszystko kręci się wokół sztuki, a bliżej literatury i muzyki. Jego życiorys bez problemu znajdziecie w internecie, więc przytaczać go tu nie ma sensu. Lepiej skupić się na tym, co ma do powiedzenia. Oto moja rozmowa z Filipem Łobodzińskim.

Jarosław Szczęsny: Czy czeka nas stopniowy zanik wyobraźni na skutek braku czytania książek?

Filip Łobodziński: Optymista Filip mówi, że ludzie potrzebują duchowych i intelektualnych bodźców i nawet jeśli nie będzie to czytanie książek, to jakiś inny proceder służących wzbogacaniu gleby wewnętrznej. Ale na to pesymista Łobodziński odpowiada: to brednie, ponieważ ludzie z reguły wolą mieć łatwiej. Jako że cały kosmos komunikacji medialnej, czyli przede wszystkim Internet, podsuwa nam ledwie erzace wiedzy i wyobraźni, jako że ograniczamy się do przemazywania się wzrokiem po nagłówkach i hiperłączach, jako że zasadniczo media nie uczą nas ciekawości, bo same nie są już niczego ciekawe, spełniają tylko zadania wyznaczone przez kapitał właścicielski (władzę polityczną, korpo, grupę nacisku) – to jesteśmy już na równi pochyłej. Zanik wyobraźni wydaje się nieuchronny, bo nikt nas nie uczy korzystania z niej – tu bezkonkurencyjne były muzyka, książki i radio – a poza tym efekciarska praktyka mediów pokazuje nam, że wszystko jest albo „ostre”, albo „bezkompromisowe”, albo „bestsellerowe”, nie bacząc, że te same wykrzykniki i superlatywy powtarzają się dzień w dzień. Jeśli dodać do tego, że masową wyobraźnią zawładnęły istoty niemające nic ciekawego do przekazania potomności (bo czytają to samo, co wielbiąca je gawiedź), wyłania się świat nieco Szulkinowski. To rzecz jasna generalizacja, mieści się w niej nie tyle moja diagnoza, ile mój lęk, że to diagnoza.

– Jest Pan adresatem powyższego pytania nieprzypadkowo. Wszakże zajmuje się pan tłumaczeniem książek oraz opowiadaniem o nich w programie Xiegarnia. Więc niech pan nam powie, co czerpie Filip Łobodziński z czytania?

– Jestem ćpunem czytania, więc czerpię odurzenie. I liczę, że na żaden odwyk mnie nie zaciągną. Słowo „odurzenie” ma tu oczywiście wydźwięk krzepiący. Zaciągam się słowami, związkami słów, zdaniami, przestrzeniami, jakie one we mnie otwierają. Czytanie – podobnie jak słuchanie – to chirurgia plastyczna dla ducha. W dodatku nie ma zagrożenia powikłaniami. Jestem przede wszystkim słuchowcem, pamiętam przez dziesięciolecia pewne dźwięki i głosy, sztuki wizualne stoją u mnie na drugim planie. Tekst i dźwięk to karma, która żywi moją karmę. Jasne, słaba książka czy słaby wiersz to strata czasu. Ale na szczęście powstało bardzo dużo dobrych. Nie skonsumuję ich do śmierci, nawet gdyby miała nastąpić dopiero za jakiś odległy czas. Będę miał czym oddychać i czym się powodować.

Bob Dylan – „Tarantula”, przekład Filip Łobodziński, Biuro Literackie, mat. prasowe

Zajmuje się pan również pielęgnowaniem twórczości Boba Dylana na gruncie polskim. Ostatnio przetłumaczył pan „Przestworzone rzeczy” Johna Lennona. Wspomnę jeszcze karkołomne zadanie przełożenia „Tarantuli” Dylana. Skąd to przywiązanie do muzyków?

– Dodałbym do tego przełożone przeze mnie biograficzne książki o Milesie Davisie (autobiografia) i Johnie Coltrane’ie (wywiady) oraz wielogłos na temat zespołu Joy Division – oraz setki piosenek innych autorek i autorów, łącznie z książką z przekładami utworów Patti Smith. Jest tak, że o ile w świecie anglosaskim, ale nie tylko, bo francuskim czy hiszpańskim też, książki poświęcone muzyce, twórcom muzyki, także popularnej, książki z tekstami i analizami tekstów piosenek, książki analizujące pojedyncze płyty – stanowią pokaźną bibliotekę. U nas wciąż książek okołomuzycznych, analizujących jazz, rock czy awangardę, wciąż jest mało. To jak gdyby sfera dla maniaków, dla niedojrzałych. Zresztą o filmie, malarstwie czy teatrze też nie jest tego obłędnie dużo. Polski rynek nigdy nas nie rozpieszczał liczbą wydawnictw, które poddają sztukę, również popularną, rzetelnej, profesjonalnej analizie. Ile mamy choćby książek z tekstami polskich autorów tekstów piosenek? Ile antologii Kazika, Katarzyny Nosowskiej, Lecha Janerki, Kory powstało? Czy jest książka zbierająca teksty Marka Grechuty? Czy mamy jakieś antologie polskiego rapu? Grabaża? Spiętego? Zuzanny Wrońskiej? Pawła Sołtysa? (Wiem, Paweł Sołtys akurat odmawia wydawania swoich tekstów poza kontekstem płytowym, ale ja bym z nim polemizował, bo jego teksty genialnie funkcjonują też bez muzyki). Stąd dużo czasu wolnego poświęcam także na tę sferę – choćby po to, by pokazać, że to nasz świat, nasze DNA kulturowe. Że piosenki Boba Dylana, Joni Mitchell, Patti Smith, Lou Reeda, Joe Strummera, Björk czy Davida Byrne’a stworzyły pewną część świata duchowego, w którym funkcjonują ich fani, a ci fani to także ludzie myślący, że te piosenki, te teksty współtworzą cały krajobraz estetyczny i intelektualny, do którego przecież my też aspirujemy – albo mam nadzieję, że przynajmniej niektórzy z nas aspirują, patrz moje pierwsze uwagi w tej rozmowie. Nie mówiąc o takim drobiazgu, jak zasilanie polskiego krwiobiegu impulsami z innych krwiobiegów. Po to samo przekładamy przecież sztuki Szekspira, opowiadania Borgesa i Flannery O’Connor, powieści Vargasa Llosy, wiersze Rilkego.

– Czym różni się język piosenek od języka wierszy?

– Dla mnie jako tłumacza niczym poza celem, dla jakiego został użyty. Podchodzę do piosenki, wiersza i prozy z taką samą rzetelnością i pieczołowitością. Tekst piosenki ma służyć piosence, musi być do zrozumienia natychmiast, bo naturalne środowisko piosenki to wykonanie na żywo. Wiersz może być gęstszy. Ale bywają kompozycje do trudnych wierszy, które tych wierszy nie okradają, jak pieśni Benjamina Brittena do wielkiej poezji, “Karuzela z madonnami” Ewy Demarczyk albo “Kantata” czy “Piosenka” Marka Grechuty i Jana Kantego Pawluśkiewicza, “Kamyk” Czesława Niemena, jak niektóre kompozycje Przemysława Gintrowskiego do wierszy Zbigniewa Herberta… Piosenki bywają oczywiście – w większości – raczej błahsze, bo ich celem jest dostarczenie rozrywki. Ale piosenka, która mnie frapuje i intryguje, to piosenka, która stawia pytania, która ćmi, która wywołuje niepokój. Ona może być także trudna w treści, ale sam tekst musi być czytelny i nie może wymagać kilkakrotnego wracania do danego fragmentu. Jak to gdzieś już napisałem – może zadawać zagadkę, ale my musimy ją zrozumieć, choćbyśmy nie umieli jej rozwiązać.

– Kręcimy się cały czas wokół języka. Wszyscy go używamy, ale niektórzy potrafią wydobyć z niego nowe znaczenia czy nowy sens. A dla tłumacza jest to tylko narzędzie pracy czy jednak w samym procesie przekładu kryje się artystyczne nadzienie?

– Tłumacz jest współautorem przekładanego tekstu. My, tłumacze, piszemy oryginalne dzieła na nowo po polsku. Czasem się chowamy za oryginałem, czasem odważnie zostawiamy własny ślad. Ale zawsze działamy na gruncie artystycznym, to jest twórczość. A odkrywanie nowych sensów i odcieni pod powierzchnią słów i ich związków to właściwie elementarz. Nie ma wnikliwszego czytelnika niż tłumacz. My musimy często wejść nie tylko pod skórę, ale wręcz w bebechy tekstu.

– Interesuje mnie, na ile tłumacz może sobie pozwolić ingerować w dzieło pisarza.

– Wszystko zależy zarówno od samego tekstu, jak i od stopnia dezynwoltury tłumacza. Ja jestem tłumaczem dość ofensywnym, niektórzy czasem potrafią mnie dostrzec spod tekstu przekładu. Myślę, że choćby w nieuświadomiony sposób większość tłumaczek i tłumaczy miewa swoje predylekcje, słabostki do pewnych słów, swoje anteny i rezonatory. Ja – zwłaszcza w piosence – czasem pozwalam sobie na pewne uogólnienia, jeżeli oryginał mówi o rekwizycie czy postaci czytelnej tylko dla odbiorców sfer językowej oryginału. Jeżeli takie uogólnienie, wyniesienie na wyższy poziom pomoże czytelności, a nie zuboży warstwy symbolicznej, to ingeruję. W powieściach czy literaturze faktu z kolei poprawiam ewidentne błędy – albo respektuję je, daję tylko przypis, że de facto jest nieco inaczej.

– Do jakich przemyśleń pan doszedł grzebiąc w językach? Mam tu na myśli nie tylko język polski czy angielski, ale choćby i hiszpański.

– Że niemal nie ma dosłownych odpowiedników, że dane słowo, nawet jeśli niby oznacza to samo, może mieć odmienne konotacje. Weźmy takie angielskie chair – to nie tylko krzesło, ale także osoba przewodnicząca jakiemuś zespołowi, zgromadzeniu, panelowi itp. Że przekład polega na przybliżaniu, ale nie zdołamy odwzorować tamtej rzeczywistości językowej. Nie zdołamy odtworzyć w polszczyźnie niuansu, jakim są trzy hiszpańskie czasowniki dające się przetłumaczyć na polski jako ‘być’ – każdy używany w innym kontekście. Że są języki ekonomiczne, jak angielski, gdzie z powodu ogromnej liczby słów jednosylabowych można na małej przestrzeni zmieścić dużo treści, są języki graficznie rozwlekłe, jak francuski, gdzie nasze ‘co to jest’, czyli siedem liter, przekłada się na qu’est-ce que c’est, a więc liter dwukrotnie więcej, a do tego jeden dywiz i dwa apostrofy. To ma znaczenie przy tłumaczeniu np. dymków komiksowych. Że wyrazy dosadne i wulgarne miewają odmienny ciężar w różnych językach, a nawet, że słowa dosadne z jednego języka użyte w innym nabierają szczególnego ciężaru – nasze ‘kurwa’ brzmi mocniej w ustach polskich niż w tych samych polskich ustach słowo fuck, choć po angielsku to słowo wcale nie jest takie obojętne; a z kolei gdy Polacy sięgają po słowa rosyjskie, to brzmią mocniej, niż gdyby mówili to samo po polsku (jak ktoś pyta: „Zrozumiałeś?”, to brzmi zwyczajnie, ale gdy pyta „Poniał?”, to jest w tym zniecierpliwienie, obcesowość, protekcjonalizm). O różnicach w rzeczywistości opisywanej w danym języku napisano całą bibliotekę, więc tylko sygnalizuję pewne aspekty z rękawa wytrząśnięte.

Simon Reynolds – „Retromania”, przekład Filip Łobodziński, Kosmos Kosmos, mat. prasowe

– Przejdźmy na krajowe podwórko. Rok w rok Sejm ogłasza literackiego patrona najbliższych 12 miesięcy. Propagowanie czytania odbywa się, mam wrażenie, w tak wielu formach, że trudno nadążyć. Tymczasem nikt nie mówi o jakości tego, co czytać warto. Klasyka leży odłogiem, kraj poetów poezji nie czyta. Zalew książek niepotrzebnych jest ogromny. A jednak małe wydawnictwa z zawziętością dostarczają nam wyjątkowych pozycji. Ostatnio choćby odkurzony i błyszczący nowym przekładem zbiór opowiadań Katherine Mansfield. Jak żyć?

– Jak żyć? Przyzwoicie i pożytecznie. Czytać, korzystać z błogosławieństwa słowa pisanego, dopóki się da. Ale nie zamykać się w wieży z kości słoniowej czytania, rozejrzeć się wokół, zobaczyć, czy komuś nie potrzeba naszej pomocy. Niemniej – literatura potrafi uwrażliwić na krzywdę, na kruchość istot słabszych. Myślenie o tym, jak propagować czytelnictwo, zostawiłbym decydentom. Nawet jeśli wybierają zbyt prawilnych autorów, nudnych, choć ładnie piszących, to i tak lepiej, niżby mieli propagować tylko instrukcję obsługi karty wyborczej. Rządzący nigdy pewnie nie odważą się zaproponować do czytania narodowego autorów takich jak Witold Gombrowicz, Bruno Schulz, Ewa Lipska, Cyprian Norwid, Stanisław Brzozowski czy Stanisław Lem, bo czytanie narodowe ma być jak dobrze znany przepis na barszcz. Ale na szczęście są inni, którym wciąż chce się dbać o to, by chcący czytać czytali też coś spoza kanonu.

– A może nie ma o czym dyskutować? Jak matematycznie mówi jeden z bohaterów „Mapy” Barbary Sadurskiej: „Cała ta literatura to zaledwie nieskończona kombinacja dwudziestu paru liter alfabetu, nic więcej”.

– I ma rację. Podobnie cała muzyka to nieskończona kombinacja jedenastu podstawowych nut (nie licząc ćwierćtonów i mikrotonów), a człowiek to konstrukcja głównie z wodoru, węgla, tlenu i krzemu. Ale ileż w tym różnorodności! Ileż barw! Kluczem jest owo „nieskończona”. I to daje nadzieję. A dodanie przedtem słowa „zaledwie” świadczy o zmyśle paradoksu.

– Przejdę teraz do kwestii muzycznych. Gdzie szuka pan wzruszeń poza twórczością Boba Dylana?

– Proszę mnie nie zmuszać do wyliczenia twórczyń i twórców, których lubię, bo wywiad przemieni się w leksykon. Łatwiej wyliczyć mi to, czego mniej chętnie słucham. Niewieloma rzeczami się szczycę, ale na pewno pochlebiam sobie, że jestem otwarty na dźwięki – różne dźwięki. Już jako czterolatek byłem oswajany z muzyką bardzo różną, rodzice słuchali i piosenki francuskiej, i muzyki etnicznej, takiej autentycznej, mieli przyjaciela-emigranta, który przysyłał im płyty np. a muzyką japońską, indonezyjską czy afrykańską rejestrowaną we wsiach. Słuchali jazzu, dużo filharmoniki, ale od Monteverdiego po Lutosławskiego i dzieła eksperymentalne ze studia sztokholmskiego. Mój stryj, profesor ASP, tworzył sam muzykę elektroniczno-akustyczną na własnoręcznie skonstruowane maszyny i zestawy taśm. A do tego fascynacja Beatlesami od 1967 roku, kiedy rodzice zaprowadzili ośmioletniego mnie na film “Help!”… Nie miałem wyjścia. Dziś słucham i muzyki średniowiecznej, i Bacha, i awangardy poważnej, i jazzu od wczesnego Armstronga po Mazzolla, rocka od Chucka Berry’ego przez Franka Zappę i Clash po Residents i Małe Instrumenty, poetów śpiewających, czyli Bob Dylan, ale też Laurie Anderson, słucham popu od Gilberta Bécaud po ABBA, a nawet po Tercet Egzotyczny w ramach perwersji, słucham Henryka Warsa, Marka Grechuty, Republiki, Pablopavo, słucham z uwielbieniem Kabaretu Starszych Panów i Jacka Kleyffa… Naprawdę w to wchodzimy? Mam wymieniać dalej? Mam opisać wszechświat? Ale powiedzmy, że wyznaczę punkty mojego firmamentu muzycznego, które od wielu lat są niezmienne: Bob Dylan, the Beatles, Frank Zappa, Joni Mitchell, Brian Eno, Johann Sebastian Bach, Béla Bartók, Miles Davis (osobliwie lata 1957–1973), John Zorn, Lech Janerka, Patti Smith, David Byrne, the Clash, the Velvet Underground, Karbido z Jurijem Andruchovyczem, King Crimson (tu lata 1971–1995), the Residents, Serge Gainsbourg, Laurie Anderson, Tom Waits, Kabaret Starszych Panów, Adam Pierończyk.

– Jest pan też blisko związany z muzyką jazzową, która obecnie przeżywa rozkwit w naszym kraju. Ostatnio nawet zdaje się wystąpił w utworze muzycznym „Rewolucjaaa” zespołu Morświn.

– Jazz jest sztuką polegającą na dobranym małżeństwie inteligencji i intuicji. Jazz jest wtedy, gdy mądrzy muzycy wyczuwają się pozawzrokowo, reagują nawzajem na siebie i tworzą nową jakość. Jest też jazz solowy, gdzie partnerem staje się już wyłącznie słuchacz. Jazz jest zawsze nieprzewidywalny. I taki jazz może istnieć też w rocku czy niektórych formach filharmoniki. Jazz to niewerbalny język nadświadomości, którym wydaje się polecenia podświadomości. Jazz w tym sensie jest najbliższy słowu poetyckiemu. Dlatego najbardziej na świecie podziwiam poetów i jazzmanów. Mają jakieś szemrane pakty z aniołami. Jak Eric Dolphy wkłada ustnik klarnetu w usta, może się wydarzyć big bang, nowy kosmos. Ale gościnny występ na płycie Morświna to raczej kwestia konceptualna – mnie tam wymyślono, spełniłem zadanie. Cieszę się, bo to cudowna historia, niszowa, ale za to z takimi nazwiskami na pokładzie, że mogę umierać. Tekla, Świetlicki, Pudło, Paulina Owczarek, Ziut Gralak… Mogę umierać. Co do, jak Pan to nazwał, moich bliskich związków z muzyką jazzową, to polegają one z jednej strony na pełnym uwielbienia szacunku dla ich dzieła, z drugiej na osobistych znajomościach, którymi się szczycę, bo z kilkoma postaciami polskiej muzyki improwizowanej łączą mnie serdeczne relacje kumpelskie, że wspomnę Mikołaja Trzaskę, Olo Walickiego, Dominika Strycharskiego, braci Olesiów, Jerzego Mazzolla, Milo Kurtisa, Pawła Szamburskiego, Yaninę Iwańskiego. Przy czym mam pełną świadomość, że ja mógłbym im co najwyżej piwa popilnować.

– Dotarły do mnie informacje, że pracuje pan obecnie nad przekładem biografii Toma Waitsa. Muszę przyznać, że z wielką niecierpliwością czekam na tę pozycję.

– Ja też. Ale jeszcze chwila, zostało mi kilkadziesiąt stron, potem proces wydawniczy. Powinna być na jesieni. Waits nigdy nie autoryzował żadnej swojej biografii, nie udziela wypowiedzi, ale ta akurat wydaje mi się najbardziej wnikliwa i wiarygodna. Zwłaszcza że jej autor jednak z Waitsem wielokrotnie rozmawiał.

– Jakich przekładów możemy się jeszcze spodziewać w najbliższej przyszłości?

– Cały czas przekładam piosenki, może będzie jesienią druga część Dylana, na boku robię przekłady Nicka Cave’a i Serge’a Gainsbourga, może coś z tego się ukaże. I wiem, że leży przede mną książka, o przekładzie której marzyłem od trzydziestu lat. Wreszcie wygląda na to, że się uda. To książka napisana przez siedmioletnią Amerykankę w 1900 roku, olśniewająca opowieść o otaczającej przyrodzie. Brzmi nieciekawie? To rzecz równie niesamowita, jak poezja Białoszewskiego czy proza Schulza – zupełnie odrębny język i wrażliwość. I dla samego języka, jeśli podołam przekładowi, warto będzie to przeczytać. W dodatku stoi za tym przejmująca historia – Opal Whiteley wydała swoje zapiski już jako dorosła osoba, namówiona przez kogoś, po czym najpierw były zachwyty, a potem hejt, oskarżenia o fałszerstwo, bo przecież siedmiolatka nie byłaby w stanie napisać takiego poematu. Whiteley skończyła w przytułku dla obłąkanych, bo świat odmówił jej uznania jej własnej tożsamości. To lekcja dla nas na dziś i jutro.

– Na koniec zabawmy się w popularyzatorów muzyki i literatury. Czy zechciałby pan wymienić pięć książek i pięć płyt, które powinno się przeczytać i wysłuchać?

– Strasznie nie lubię dyktować komuś, co należy przeczytać i czego wysłuchać. Każde z nas ma trochę inne antenki i receptorki. W dodatku ograniczenie się do pięciu tytułów powoduje, że człowiek zaraz by chciał stworzyć alternatywną piątkę książek i płyt… Stąd wymieniam poniższe rzeczy ze świadomością, że sam sobie robię krzywdę – a każda z nich to po prostu drzwi do następnych światów:

Książki:

  • Janusz STANNY, “KOŃ i KOT”;
  • Śledź Otrembus PODGROBELSKI [Stanisław MOSKAL], “Wstęp do imagineskopii (próba zarysu)”;
  • Miguel de CERVANTES, “Przemyślny szlachcic don Kichot z Manczy” i “Przemyślny rycerz don Kichot z Manczy” w przekładzie Wojciecha Charchalisa;
  • Konstandinos KAVAFIS, wiersze w przekładzie Zygmunta Kubiaka, Ireneusza Kani, Antoniego Libery czy Jacka Hajduka;
  • Wasilij GROSSMAN, “Życie i los” w przekładzie Jerzego Czecha

– i już wiem, że mogę z dziesięć alternatywnych piątek wskazać, a to przecież tylko literatura tzw. piękna, nie ma filozofii, eseju, reportażu, historii, wspomnień i biografii…

Płyty (tu ograniczam się do płyt spoza ogólnie znanego kanonu):

  • SILVER APPLES, “Silver Apples / Contact” – by pokazać, że elektroniczna motoryka narodziła się wcześniej niż niemiecka klasyka;
  • różni wykonawcy, “Cafe Rembetika – the Birth of the Greek Blues” – jako trop wiodący do mniej znanych kosmosów muzycznych;
  • Bob DYLAN, „Love and Theft” [uwaga – tytuł pisany jest wraz z cudzysłowem] – jako dowód, że twórcy starsi mogą być mądrzy,
  • różnorodni i odkrywczy, nie zaniedbując tradycji;
  • Marek GRECHUTA, “Droga za widnokres” – by posmakować poezji, piękna i jazzu w jednym;
  • SWANS, “Children of God” – by pokochać przemoc dźwiękową

– i już wiem itd.

 

Jarosław Szczęsny – entuzjasta muzyki oraz literatury albo na odwrót. Pisze również na Nowamuzyka.pl.

Poprzedni tekst autora: Robert Burton – Anatomia Melancholii

 

Udostępnij:

FacebookTwitter


Scroll Up
Skip to content

Rejestrując się zgadzasz się z naszą Polityką prywatności, a także wyrażasz zgodę na otrzymywanie bezpłatnych biuletynów. W dowolnym momencie możesz zrezygnować z subskrypcji klikając w link na dole każdego biuletynu.