Tylko Nick Cave potrafi rozhuśtać emocje i bujać się na nich z szatańską sprawnością. To zbyt szczwany lis, żeby nie wiedzieć, że właśnie wydany album zaskoczy odbiorców, a przede wszystkim doprowadzi do dysput nad niektórymi linijkami tekstu. Wraz ze swoim przyjacielem i wieloletnim współpracownikiem Warrenem Ellisem wydali album „Carnage”, który powstał w czasie lockdownu. Kto wie czy to nie najlepsze artystyczne dokonanie, które dała nam pandemia?

Świat wokół

Sama płyta ma chwile zaskakująco irytujące i niepotrzebne, a jako szalikowiec Australijczyka najchętniej bym pominął je milczeniem, ale nie mogę. Być może to nie najlepszy sposób na rozpoczęcie opisu płyty. Jako alternatywny początek może posłużyć Wenus z obrazu Botticellego, która u Cave`a posiada penisa. Tak lepiej? A co poza tym? To co przywykliśmy uwielbiać, czyli pojawiające się starotestamentowe wtręty i wchodzący głęboko w słuchacza głos wokalisty. Są również pozytywne zmiany. Po tragedii, która dotknęła muzyka słychać, że świat wokół znów zaczął go interesować. Najlepszym tego przykładem jest utwór, który wzbudził najwięcej zamieszania.

Nic Cave proanima.pl
Warren Ellis i Nick Cave, źródło: Mystic, fot. Joel Ryan

Chodzi o umieszczony w samym środku „White Elephant”. Słowa „A protester kneels on the neck of a statue / The statue says I can’t breathe” świadczą o nawiązaniu do śmierci George`a Floyda, co zapoczątkowało falę protestów w USA pod zbiorczym hasłem Black Lives Matter. Wokalista wciela się w mamroczącego szaleńca, który grozi innym bronią. Dosadny język, obłąkańczy nastrój przypominają o albumie „Murder Ballads”. Natomiast w drugiej części przywołany zostaje duch The Beatles z całą kolorową kawalkadą, chóralnym zaśpiewem i drogą ku jasności („A time is coming / A time is nigh / For the kingdom in the sky / We’re all coming home”). Tylko od nas zależy jak bardzo serio potraktujemy ten występ.

Lejtmotyw królestwa

Temat królestwa wraca jeszcze w zupełnie innej formie. Irytującej, moim zdaniem. Oto w finale „Lavender Fields” objawiają się anielskie wpływy, a Cave ląduje bardzo blisko manierze U2. I to nie jest komplement. Nim w gniewie ktoś rzuci się do komentowania powyższego zdania niech zdąży wybrzmieć następne. Jednak tu pojawia się duży znak zapytania, czy ta forma to prowokacja, gdyż w otwierającym utworze objawia nam się podmiot liryczny, który stanowczo stwierdza, że szukanie celu i sensu w świecie jest absurdem. Więc może rzucić to wszystko i dąć w trąby? W końcu od nadmiernego siedzenia w domu każdemu może odbić.

Artysta sprytnie wymyka się wizerunkowi, który przez lata stworzył. Obraca go, ustawia w nowej ramce, a nawet przekonuje, że czeka nas nagroda na górze. Niebieskie królestwo jest lejtmotywem “Rzezi”. No właśnie, kto nadaje tytuł “Rzeź” albumowi, który ma mówić o niebie i szczęśliwym końcu? Teksty stoją na równi z muzyką, co u Cave`a nie dziwi, ale nowością są cyrkulujące słowa-klucze. Widać, że w domu nie marnował czasu tylko przygotował nam album-plątaninę. Biegunka myśli, stosownie podana, jest tylko w pozornym nieładzie. Nie można mu do końca zaufać, nawet jak mruga do nas okiem. Zresztą, kto go tam wie do końca?

Płyta-labirynt

Warren Ellis dwoi się i troi żeby nadać szalonym pomysłom formę. Elektroniczny beat i rytm napędza „Hand of God”, a jak trzeba to potrafi zatrzymać czas. Tak się rzeczy mają przy balladzie „Albuquerque”. Ociężały fortepian i rozlewające się wokół smyczki są tak powolne jakby muzycy uznali, że każde, nawet najdrobniejsze przyspieszenie, zniszczyłoby majestat utworu. Na „Carnege” nie brakuje nerwowości. Jej ambasadorem jest mroczny „Old Time”. Dla mnie jednak najbardziej istotny jest utwór tytułowy. Spokój, minimalizm muzyczny z jednej strony. Z drugiej zasadniczo najciekawszy tekst z literackim tropem Flannery O`Connor, którą Cave czyta na balkonie (do tego wrócimy) z ołówkiem w ręku. My też tak powinniśmy. To dzięki Ellisowi Cave trzyma się na powierzchni, choć czasami obaj nie dają rady udźwignąć swoich zamiarów.

Na wysoką ocenę zasługuje również „Shattered Ground” przesiąknięty zwyczajnością. Ekstrawagancja była wcześniej, a tu króluje prostota i ponownie przywołany motyw wrzucenia bagaży do samochodu (znów widzę łączność z The Beatles). I choć powtarza się często słowo goodbye, to jeszcze nie koniec, bo oto wkracza „Balcony Man”. Znów wracamy do wnętrza (i balkonu) artysty i jego widzenia spraw. To gotowa piosenka do przepisywania  cytatów: „ When everything is ordinary until it’s not” albo “You think you have a plan until I hit the stairs / I’m two hundred pound bag of blood and bone”. Jest w czym wybierać, ale najlepsze i tak przychodzi na sam koniec. Zdanie kończące płytę-labirynt i praktycznie zamykające dyskusję nad naszym stanem w czasie pandemii wygłoszone jakby przez niedawno widzianego na ekranach kin Jokera. Brzmi tak: „And what doesn’t kill you just makes you crazier”.

Nick Cave & Warren Ellis – Carnage | Goliath 2021

Jarosław Szczęsny – entuzjasta muzyki oraz literatury albo na odwrót. Pisze również na Nowamuzyka.pl.

🟧 Przeczytaj: Stanisław Słowiński w programie Chopin Impressions
🟧 Przeczytaj: Recenzja albumu Kwiat Jabłoni – Mogło być nic
🟧 Przeczytaj: Nowe technologie w instytucjach kultury – o fablabach i mejkerach słów kilka

Udostępnij:

FacebookTwitter


Scroll Up
Skip to content

Rejestrując się zgadzasz się z naszą Polityką prywatności, a także wyrażasz zgodę na otrzymywanie bezpłatnych biuletynów. W dowolnym momencie możesz zrezygnować z subskrypcji klikając w link na dole każdego biuletynu.