Array
(
    [0] => https://proanima.pl/wp-content/uploads/2021/08/Olga-Bonczyk-2_Easy-Resize.com_.jpg
    [1] => 640
    [2] => 427
    [3] => 
)
        

Olga Bończyk – artystka wszechstronnie utalentowana. Gra w serialach: „W Leśniczówce” i w „Barwach szczęścia”. Występuje na scenie Basenu Artystycznego Warszawskiej Opery Kameralnej w spektaklu „Kwartet”. Pracuje w dubbingu. Niedawno wydała płytę „Ślady miłości” i rozpoczęła przygodę z aplikacją TikTok, gdzie regularnie umieszcza krótkie filmiki. Jest właścicielką dwóch kotów: Stefana i Tośki. O swoich pasjach w dwuczęściowym wywiadzie dla portalu Proanima.pl rozmawia z Jolantą Tokarczyk.

Jolanta Tokarczyk: Wczesne Pani doświadczenia muzyczne, jeszcze z dzieciństwa, to współpraca z Operą Wrocławską. Jakie predyspozycje zawodowe, głosowe trzeba posiadać, żeby zaistnieć na scenie operowej, a jakie w przypadku estrady?

Olga Bończyk: Rzeczywiście w dzieciństwie miałam przygodę z Operą Wrocławską. Jako siedmiolatka wygrałam próby głosu do niewielkiej roli w „Weselu Figara”. Wieczory spędzane w teatrze, suknia w którą mnie ubierano, zapach kulis, śpiewacy i śpiewaczki, balet, trema i pierwsze zarobione pieniądze robiły na mnie ogromne wrażenie. Już wtedy poczułam, że to mój świat i wart jest każdej ceny.

Kończąc wydział wokalno-aktorski miałam możliwość szkolić się w kierunku operowym. Opanowałam warsztat i podstawy takiego śpiewu. Różni się on znacznie od techniki tzw. „białego głosu”. Jednak od zawsze to estrada mnie pociągała i możliwość tworzenia własnego świata muzycznego, dlatego bez żalu rozstałam się ze światem opery.

Czy warunki głosowe w tych przypadkach wzajemnie się uzupełniają, czy może wykluczają, albo pozostają wobec siebie obojętne?

Olga Bończyk: Technicznie jest to niezwykle trudne, aby połączyć umiejętność śpiewania obiema technikami bez szkody dla jednej z nich. W Polsce jest jeden wokalista, który posiadł tę umiejętność. To Andrzej Lampert, którego talent, skala głosu i możliwości są nieograniczone. Z wielką łatwością przechodzi przez wszystkie techniki wokalne i w każdej jest genialny.

A zatem scena, estrada, muzyka stały się Pani przestrzeniami już w młodości…

Olga Bończyk: Po maturze wiedziałam że scena jest moim miejscem na ziemi. Wybór studiów był już tylko formalnością. Na wrocławskiej Akademii Muzycznej spotkałam wielu mistrzów, którzy rozwijali mój potencjał i utwierdzali mnie w przekonaniu, że idę właściwą drogą.

Olga Bończyk
fot. mat. prasowe

Jakie doświadczenia wyniosła Pani ze współpracy z Spirituals Singers Band i wykonań muzyki gospel?

Olga Bończyk: Do zespołu dołączyłam w wieku 18 lat. Byłam ledwo po maturze i czułam, że los dał mi wielką szansę. Dostałam się w wyniku przesłuchań. Jedna z wokalistek rozstawała się z grupą więc Włodzimierz Szomański – lider zespołu poszukiwał nowej wokalistki. Miałam wielkie szczęście, że mogłam pójść na przesłuchania. Zespół był znany i bardzo dużo koncertował. A ja o niczym bardziej nie marzyłam jak ruszyć w prawdziwą trasę koncertową. Muzyki gospel nie znałam i wchodziłam w nią z wielkim entuzjazmem. Energia, siła, radość to wszystko mnie unosiło nad ziemią.

Czy utwory gospel są trudne do wykonania dla wokalistów z naszej części świata?

Olga Bończyk: Gospel to niezwykle trudny gatunek. Trzeba mieć predyspozycje, by wykonywać taką muzykę. Warsztatowo miałam dużo do nadrobienia, ale byłam zdeterminowana i szybko robiłam postępy. Tysiące kilometrów i setki koncertów, kilka płyt i wiele prestiżowych nagród to bilans 9 lat współpracy z zespołem.

Czy ważny był element duchowości, czy raczej traktowała Pani gospel jako kolejne doświadczenie muzyczne?

Olga Bończyk: Dla wielu śpiewanie o Bogu ma głębokie znaczenie. Ja muszę przyznać, że pracę w zespole traktowałam czysto zawodowo. Nie, nie mam problemu z duchowością i wiarą w Boga, ale tamten czas wspominam wyłącznie zawodowo. Bardzo dużo pracowałam nad swoim głosem, skalą, barwą, precyzją wykonywanych fraz.

Amerykanom przychodzi to łatwiej?

Olga Bończyk: Nie urodziłam się w kraju kwitnącej bawełny i nie wyssałam cierpienia czarnych niewolników z mlekiem matki. Oni śpiewają muzykę gospel z trzewi, ze środka duszy, z pokolenia na pokolenie. My biali ludzie, próbujemy tylko naśladować ten gatunek, starając się uchwycić jego sens i znaczenie. Mam świadomość, że żaden biały nie zaśpiewa tak muzyki gospel jak ktoś, kto się urodził i poczuł smak niewolnictwa. Mimo wszystko te dziewięć lat pracy w zespole traktuję jak wielki dar od losu i możliwość postawienia pierwszych ważnych kroków na profesjonalnej scenie.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Szybko stałam się zauważona i doceniona, ale życie toczyło się dalej, a ja miałam coraz większy apetyt. Rozstałam się z zespołem i zaraz po obronie pracy magisterskiej wyjechałam do Warszawy. Zmieniając nazwisko (wyszłam za mąż) zaczęłam wszystko od nowa.

Olga Bończyk
fot. mat. prasowe

Kolejny projekt muzyczny to „Kolędy” – łączące znane słowa, ale w nietypowych aranżacjach. Wspomniała Pani o wykonywaniu utworów religijnych, czy kolędy, pieśni pasyjne może wykonywać każdy artysta, niezależnie od przekonań religijnych i wrażliwości?

Olga Bończyk: Kolędy są wpisane w naszą polską tradycję. Nie znam domu w którym nie śpiewa się kolęd w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Nie wyobrażam sobie też, aby w moim repertuarze zabrakło tych pięknych utworów. Nagranie płyty „Kolędy” wyszło dość spontanicznie i sprawiło mi bardzo dużo satysfakcji. Grudzień i styczeń to dwa miesiące, gdy co roku śpiewam kolędy i pastorałki w różnych koncertach i ten czas traktuję jak powrót do dzieciństwa. Lubię nasze polskie kolędy, choć większość z nich jest dość smutna i melancholijna. Cóż, widać taka to już jest nasza sentymentalna polska dusza.

A ponieważ kolędy to tradycja, której trudno się oprzeć, mam przekonanie, że ten repertuar może śpiewać każdy, niezależnie od przekonań religijnych i wrażliwości.

„Listy z daleka” – płyta sprzed 10 lat – jest hołdem dla wspaniałej aktorki Kaliny Jędrusik. Właśnie powstał film fabularny o artystce znanej z Kabaretu Starszych Panów i dużego ekranu, a zatem jest doskonała okazja, by przypomnieć jej sylwetkę również muzycznie.

Olga Bończyk: Na Kalinę Jędrusik spoglądałam z dużą ciekawością już jako nastolatka. Kobieta wamp o magnetycznym głosie i spojrzeniu. Pociągająca i budząca ciekawość. Intrygująco zaczepna. Utalentowana, uwodzicielska, bezkompromisowa. Nigdy jej nie poznałam osobiście. Jej piosenki, które tak chętnie przywoływane są w telewizji i radiu, nieczęsto były śpiewane przez innych artystów na koncertach. Po latach zdałam sobie sprawę, że piosenki Kaliny były zbyt trudne dla aktorów, bo stawiały wysokie wymagania wokalne, ale też zbyt trudne dla wokalistów, bo stawiały wysokie wymagania interpretacyjne.

Od dzieciństwa uwielbiałam Kabaret Starszych Panów, a zwłaszcza te fragmenty gdy śpiewała Kalina Jędrusik. Czułam, że jej repertuar powoli odchodzi do lamusa i za chwilę nikt nie będzie wiedział kim była.

Co Panią urzekło w Kalinie? Czy czuje się Pani w jakiś sposób do niej podobna?

Olga Bończyk: Kalina Jędrusik jest moim wspomnieniem z dzieciństwa. Znając jej biografię, nie odnajduję tutaj żadnych wspólnych cech i elementów poza sceną, która chyba dla nas obu stała się pasją. Ale repertuar, jaki pisali dla niej mistrzowski duet Wasowski-Przybora budził mój zachwyt i tęsknotę. Wspaniałe teksty, niebanalna muzyka. Czułam, że to materiał dla mnie, dlatego z taką determinacją chciałam zrealizować swój pomysł.

Postanowiłam przygotować program z jej piosenkami. Długo jednak nie mogłam znaleźć sprzymierzeńców. Wszyscy mi odradzali, twierdząc że nikt nie będzie chciał słuchać takiego repertuaru. Uparłam się jednak i dopięłam swego. Szczęśliwie w moim projekcie hojnie wsparło mnie Polskie Radio, które stało się współproducentem albumu. Koncert grany jest z powodzeniem od lat i sprawia nam nieustannie dużo radości i satysfakcji.

Swoim utworom nadaje Pani bardzo osobisty ton. Zaciekawiły mnie słowa utworu „Świat po czterdziestce”:

„Przecież wszystko wciąż przed tobą
Chcesz przed siebie gnać”.

Jak postrzega Pani siebie wraz z upływającym czasem? Żal za tym, co przeminęło, czy raczej nadzieję na to, co przyniesie przyszłość?

Olga Bończyk: Ulga. To co dzisiaj czuję to ulga, że już nie muszę tak gnać i ścigać się z całym światem. Że większość swoich marzeń już spełniłam i właściwie nie muszę nikomu niczego udowadniać. Nieprzekonanych nie przekonam, a tych którzy mi ufają i są moimi przyjaciółmi będą ze mną do końca, taką mam przynajmniej nadzieję. A jeśli będzie inaczej, też mam na to zgodę. Lubię swój wiek za mądrość i to, że znacznie częściej odpuszczam. Nie przejmuję się tym, na co nie mam wpływu. Interesują mnie tylko takie działania, w których mogę się jeszcze czegoś nauczyć, rozwinąć skrzydła. Odcinanie kuponów mnie nudzi.

Wierzę w to, że przyszłość bez oczekiwań może być bardzo inspirująca, bo nieprzewidywalna. Nie boję się tego co będzie za rok czy dziesięć lat. Chcę cieszyć się każdym dniem i każdą chwilą. Wiem, że młodość mam już za sobą, ale dojrzałość jest piękna, bo nic nie musi.

Często rozmawiam z filmowcami, którzy przekonują, że trudniejsza jest praca przy biografiach popularnych postaci, które „wszyscy znali” niż projektach wg własnego pomysłu. Jak to wygląda w przypadku muzyka? Czy – z artystycznego punktu widzenia – jest różnica między śpiewaniem „cudzych” utworów a własnych kompozycji?

Olga Bończyk: To bardzo ciekawe pytanie. Pamiętam, że w młodości skomponowałam wiele piosenek. Nieskromnie powiem, że naprawdę bardzo ładnych, ale… nie potrafiłam ich zaśpiewać. Nie wiedziałam jak się do nich zabrać. Wszystko co zaśpiewałam wydawało mi się nietrafione. Odkładałam kompozycje na bok, a potem całkowicie o nich zapominałam. Przepadły w niebyt. Na tyle mnie to zniechęciło, że na wiele lat zaprzestałam komponowania. Równolegle zbudowałam ogromny repertuar z coverów, czyli „cudzych piosenek”, które były aranżowane specjalnie pode mnie i w dużej części pod moje dyktando. Uwielbiam „ubierać” moje ukochane stare piosenki w moje spojrzenie i moją wrażliwość. Moje wersje bardzo się podobają słuchaczom i od lat z powodzeniem śpiewam je na swoich koncertach. Wniosek w moim przypadku jest taki, że rzeczywiście łatwiej przychodzi mi pracować i przerabiać covery niż śpiewać własne kompozycje. Może wyjątek stanowi piosenka „Moja Mama”. Ale to wyjątkowa piosenka i wyjątkowa okazja. Nikt by tego nie napisał lepiej niż ja sama. Takie piosenki muszą wyjść z serca.

Część druga wywiadu – niebawem

>>> rozmowa z Olgą Bończyk <<<

 

Jolanta Tokarczyk – dziennikarka filmowa, związana z prasą branżową (m.in. magazynem „Film&Tv Kamera”) i lifestylową. Prowadzi portal Filmowe Centrum Festiwalowe. Pasjami ogląda polskie filmy i uczestniczy w festiwalach. Od lat nieustannie zachwycona sylwetką aktorską Zbigniewa Cybulskiego.

🟧 Przeczytaj: BrainStorm: Trzeba iść swoją drogą [WYWIAD]
🟧 Przeczytaj: Barokowe enfant terrible filmowego postmodernizmu – recenzja „Annette”
🟧 Przeczytaj: Trwa nagrywanie płyty z pieśniami Franciszka Karpińskiego – fotorelacja

👉 Znajdź ciekawe wydarzenia kulturalne w naszej >>> wyszukiwarce imprez <<<

Udostępnij:


2026 © Fundacja ProAnima. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Przejdź do treści