Array
(
    [0] => https://proanima.pl/wp-content/uploads/2021/09/zdjecie21-1400x788.jpg
    [1] => 640
    [2] => 360
    [3] => 1
)
        

46. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni dobiegł końca. Święto polskiego kina opanowało nadmorskie miasto od 20 do 25 września 2021 roku. Rozpoczęło się pokazem „Zezowatego szczęścia” wyreżyserowanego przez Andrzeja Munka, którego setną rocznicę urodzin będziemy obchodzić w połowie października, a zakończyło zaskakującym niczym życiorys Jana Piszczyka rozdaniem Złotych Lwów.

46. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych
fot. Jarosław Sosiński, materiały prasowe

Głośne tytuły znanych reżyserów, świeże filmy mikrobudżetowe i wyjątkowo pomysłowe krótkometrażówki, a do tego bogaty program klasyki kina polskiego – festiwal wyjątkowo nas w tym roku rozpieszczał. Po pandemicznej edycji, podczas której rozdano co prawda Gdyńskie nagrody, ale sama impreza odbywała się w zupełnie innym kształcie niż zazwyczaj, taka artystyczna wizja FPFF stanowiła miłą odmianę od bałaganu organizacyjnego doświadczonego przez widzów dwa lata temu. W tym miejscu należy wspomnieć o przywróceniu funkcji dyrektora artystycznego osobiście odpowiedzialnego za selekcję filmów do Konkursu Głównego. Stanowisko to wróciło po kontrowersjach związanych z 44. edycją Festiwalu i zamieszaniem wokół ówczesnych pominięć.

Od 1 grudnia 2020 roku piastuje je Tomasz Kolankiewicz – filmoznawca i historyk kina, odpowiadający również za stworzenie warunków do szerszej dyskusji branżowej w czasie festiwalu, co patrząc po organizowanych w czasie imprezy spotkaniach (można wspomnieć tu np. „Branża audiowizualna dla klimatu. Jak uczynić kino bardziej zielonym?” czy „Etyka i dobre praktyki w branży filmowej”), faktycznie się udało. Gdyńskie filmy przeglądały się w tym roku przede wszystkim w lustrze przeszłości, ale samo wydarzenie nie straciło przy tym z oczu współczesnych problemów, nawet jeśli znacznie częściej zajmowało się nimi jednak poza kinowym ekranem. Trzeba też przyznać, że nawet przez historyczną soczewkę twórcy patrzyli tutaj na świat zdecydowanie bliższy nam w 2021 r. niż 40 lat temu.

Pieśni wykluczonych

Konkurs Główny faktycznie przebiegał w 2021 pod znakiem przeszłości. Warto jednak podkreślić, że zwracał jednocześnie uwagę na postaci mniej lub bardziej wykluczone z polskiego krajobrazu społeczno-kulturowego PRL-u. W przypadku biografii Kaliny Jędrusik mówimy tu o historii, która skupia się na wyrzuceniu artystki z pracy w telewizji z powodu odmówienia stosunku seksualnego ze swoim przełożonym. Film Klimkiewicz, choć zdecydowanie wadliwy i technicznie niedopracowany, jawi się tu jednak jako dość ciekawy przypadek polskiego kina post-#MeToo, dającego głos w tym przypadku kobiecej ikonie, której cielesność wprowadzona została do atlasu epokowej ikonografii bez większej refleksji nad samym charakterologicznym tłem tej postaci. 46. FPFF to również edycja z rekordową liczbą produkcji z postaciami nieheteronormatywnymi.

Oczywiście wśród filmów krótkometrażowych zdarzało się już od jakiegoś czasu często znajdować odważne spojrzenia na społeczność LGBT+, ale w najważniejszej selekcji – Konkursie Głównym – szukać ich dotąd było na próżno. Po zeszłorocznym festiwalu, na którym właściwie żaden film z sekcji wiodącej nie wywołał tylu emocji, co znakomity „Ostatni Komers” Dawida Nickela z Konkursu Filmów Mikrobudżetowych, kameralny i niesamowicie szczery portret dorastającej młodzieży z blokowisk z wątkiem homoseksualnym, przyszedł czas na dwie na wielu poziomach rewolucyjne opowieści, sygnowane przy tym przez głośne nazwiska.

W „Hiacyncie” według zwycięskiego scenariusza Marcina Ciastonia Piotr Domalewski prezentuje wizję zakorzenioną w lubianym przez polskich twórców świecie PRL-u. Jego główny bohater Robert to młody milicjant, nad którego życiem w pracy i w domu panuje apodyktyczny ojciec-służbista (w tych rolach fantastyczni odpowiednio Tomasz Ziętek i Marek Kalita). Mężczyzna w trakcie śledztwa poznaje Arka, młodego studenta germanistyki. Ich znajomość przeradza się w silne, dotąd nieznane Robertowi i nieakceptowalne przez ówczesne społeczeństwo uczucie. Czy aby jednak tylko ówczesne?

„Wszystkie nasze strachy” Łukasza Rondudy i Łukasza Gutta jednoznacznie odpowiadają, że nie. Zwycięzcy Złotego Lwa przedstawiają tu historię inspirowaną życiem Daniela Rycharskiego, artysty i katolickiego aktywisty LGBT z małopolskiej wsi, który po samobójczej śmierci swojej przyjaciółki, nastoletniej lesbijki, chce zorganizować drogę krzyżową w jej intencji. Spotyka się jednak ze sprzeciwem lokalnej, dotąd przychylnej mu społeczności. Sam portret mniejszości seksualnych wygląda w tych filmach zgoła inaczej. Ejtisowy rytm życia ściska pragnienia bohaterów pierwszego z nich w obskurnych mieszkaniach, publicznych szaletach i klimatycznych kawiarniach, zmuszając ich równocześnie do walki z opresyjnym systemem.

Komunistyczny aparat państwowy akcją „Hiacynt” jasno pokazuje postaciom jaki ma do nich stosunek. Inaczej jest z sąsiadami Daniela we „Wszystkich naszych strachach”, którzy akceptują go dopóty, dopóki nie dochodzi do tragedii związanej z nieheteronormatywnością. Główny bohater dopatruje się jej winnego zarówno w sobie, jak i w reszcie mieszkańców wsi. Oni jednak nie są tak skorzy do autorefleksji i przyznania się do zignorowania problemu homofobii. Domalewski opowiada o społeczności LGBT+ językiem kina gatunkowego, tworząc hybrydę kryminału noir z melodramatem o zakazanej miłości, a Ronduda i Gutt składają kameralny świat swojego filmu z ikonografii zarówno związanej z katolicyzmem, jak i ludowością czy wreszcie grupami tęczowymi, stawiając swojego bohatera na granicy pozornie nieprzystających do siebie rzeczywistości. Choć obie te produkcje mają swoje problemy, to z wielką nadzieją przyglądam się wchodzącemu wreszcie do polskiej kinematografii duchowi New Queer Cinema.

Wielu podpina również pod ten ruch „Prime Time” Jakuba Piątka, w którym grany przez Bartosza Bielenię Sebastian wchodzi uzbrojony do studia telewizyjnego w sylwestrową noc i bierze zakładników. Chce on wygłosić pewną ważną wiadomość, ale do końca pozostaje tak naprawdę tajemnicą, co właściwie było owym manifestem i możemy się tylko domyślać, czy Sebastian również nie jest przypadkiem przedstawicielem mniejszości homoseksualnej.

Głos wykluczonym oddaje również „Lokatorka” Michała Otłowskiego – czasem zbyt toporny, jednak wciąż poprawnie zrealizowany thriller na podstawie historii Jolanty Brzeskiej, ofiary mafii reprywatyzacyjnej. Sławomira Łozińska wciela się tu w Janinę Markowską, ekranowy odpowiednik zamordowanej działaczki. Śledztwo w tej sprawie odsłania przed pewną młodą policjantką zaskakująco brutalne kulisy procesów reprywatyzacyjnych. „Lokatorka” była jednym z moich największych zaskoczeń festiwalu. Spodziewałam się w końcu kina niespełniającego swoich ambicji ani na gruncie społecznym, ani kryminalnym, a dostałam sprawną, czasem zbyt łopatologiczną, ale wciąż wciągającą opowieść.

Inną niespodzianką stała się „Sonata” Bartosza Blaschke, również przedstawiająca prawdziwą historię. Jej bohaterem jest Grzegorz Płonka, czternastoletni chłopak, którego we wczesnym dzieciństwie błędnie zdiagnozowano jako osobę ze spektrum autyzmu. Grzesiek (znakomicie zagrany przez Michała Sikorskiego) okazuje się w rzeczywistości nie słyszeć. W chłopcu odkryty zostaje jednak wielki talent muzyczny. Problem w tym, że przez bycie błędnie zdiagnozowanym i przez wiele lat poddawanym niepomagającej mu terapii nie pasuje do żadnej ramy, jaką chce mu nadać system. „Sonata” zaskakuje bezpretensjonalnością i niespotykaną w filmach o takiej tematyce – niewymuszoną lekkością. Nie dziwię się, że została uhonorowana Nagrodą Publiczności.

46. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych
fot. materiały prasowe

Gdy patrzę w Twe oczy zmęczone jak moje

Skoro mówimy o kinie polskim, to nie może w nim zabraknąć Warszawy, miasta budzącego skrajne emocje, ale bez wątpienia elektryzującego. Wszystkie jego duchy w mistrzowskim stylu wydobywa Aleksandra Terpińska w swojej adaptacji „Innych ludzi” Doroty Masłowskiej. Przenosi ona język pisarki do filmowej materii, zwracając uwagę na jego rytm i specyfikę i mając równocześnie świadomość, jak wiele środków wyrazu daje jej kino. W tej opowieści przerażająca samotność i zagubienie zderza się z konsumpcjonistycznym lękiem przed zatrzymaniem się. Produkty kapitalizmu stoją tu obok blokowisk z wielkiej płyty, a neon Rossmanna rozświetla miasto niczym magiczny świetlik.

Warszawa w „Innych ludziach” to miasto przede wszystkim niespełnienia i usilnych poszukiwań dróg do samorealizacji w aspektach w gruncie rzeczy wszelkich. Podróże poprzez zakorkowane uliczki lub szare centrum odbywają się tu w rytmie hip-hopu. Wielkim, ale jakże pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie to, jak wiele nagród jury pod przewodnictwem Andrzeja Barańskiego postanowiło przyznać temu filmowi. Muzyczne konotacje zawierają się również w „Piosenkach o miłości” Tomasza Habowskiego – zwycięzcy Konkursów Filmów Mikrobudżetowych. Dzieło to było jednym z największych zaskoczeń Festiwalu, gdyż stanowiło kameralne i wyważone połączenie inspiracji z Linklatera, Chazelle’a czy innych twórców kina marzycielskiego z moich… marzeń. Duet grany przez Justynę Święs z zespołu The Dumplings i Tomasza Włosoka różni wszystko – od charakteru po pochodzenie. Łączy ich jednak miłość do muzyki. Habowski nie odkrywa tu niczego nowego. Tropy takie jak mezalians czy konflikt zawodowych ambicji i uczuć romantycznych są nam widzom dobrze znane. Urok i beztroska, z jaką twórca podchodzi tu jednak do swojej historii, jak maluje ją, wpisując swoich bohaterów w tak naprawdę dość przygnębiający krajobraz Warszawy, sprawia, że „Piosenki o miłości” są przygodą niezapomnianą, która pozostaje z odbiorcą jeszcze na długi czas po seansie.

Klaustrofobię stolicy nakreślił też Jan P. Matuszyński w „Żeby nie było śladów” opowiadającym o śmiertelnym pobiciu maturzysty Grzegorza Przemyka przez funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. Polski kandydat Oscara, nakręcony na taśmie 16mm, prezentuje Warszawę duszną i przerażającą. To labirynt, z którego nie ma wyjścia – tak samo jak z sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie historii. Reżyserowi z jednej strony zależy na skumulowaniu emocji i poczucia zakleszczenia w kadrze, w czym pomagają mu wysokoziarniste zdjęcia Kacpra Fertacza, ale równocześnie nie może pozbyć się z miasta sterylności epokowej scenografii. „Żeby nie było śladów” to ostatecznie produkcja dość rozczarowująca, niespełniająca swoich monumentalnych ambicji i uginająca się pod nagromadzeniem nierozwiniętych wątków.

46. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych
fot. materiały prasowe

Portret rodzinny we wnętrzu

Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach, bo poza nimi ma się jej szybko dość – można powiedzieć, że z tym stwierdzeniem utożsamiają się bohaterowie wielu rodzinnych portretów przedstawionych w tej edycji festiwalu. W na poły autobiograficznym „Powrocie do tamtych dni” (wcześniej: „Powrocie do Legolandu”) Konrad Aksinowicz pozwala nam przejść się ze sobą po autoterapeutycznej ścieżce, na której 14-letni Tomek musi poradzić sobie z wyniszczającym rodzinę alkoholizmem ojca. Reżyser umieszcza akcję swojego znakomicie zagranego filmu na blokowisku w głębokich najntisach, kiedy z telewizora dobiega czołówka „5.10.15”, a sposobem na zdobycie dziewczyny jest kupno magnetowidu, choć trzeba przez to zrezygnować z wymarzonych klocków Lego. Tu znów wchodzi do gry ikonografia epoki, którą można wykorzystać w sposób mdły i płytki, jak zrobiła to Kinga Dębska w „Zupie nic”, ale daje ona również pole do ukazania wydzierającej się spod płachty nostalgii traumy. Alkohol zajmuje w końcu ważne miejsce w obu tych filmach, lecz tylko Aksinowicz, wybierając się ponownie do przeszłości, potrafi wydobyć z niej coś ponad kronikarskie wycinki czy symbolikę.

Tematykę rodzinną po „Córce trenera” postanowił kontynuować również Łukasz Grzegorzek, którego „Moje wspaniałe życie” przedstawia historię Jo, nauczycielki angielskiego prowadzącej podwójne życie. W domu wydaje się mieć wszystko pod kontrolą. Jest żoną dyrektora swojej szkoły, zajmuje się matką, wnuczkiem, obowiązkami domowymi – wydaje się to wręcz zbyt idealne, aby mogło być prawdziwe. W tym samym czasie Jo ma w końcu romans z innym nauczycielem placówki, z którym spotyka się w mieszkaniu po rodzicach – miejscu przeznaczonym na korepetycje, gdzie poza tym pali również marihuanę i ukrywa największe tajemnice. Pozornie różnych od siebie Tomka, Jo i Martę (dziesięcioletnią romantyczkę z „Zupy nic”) łączy nieodparta chęć powiedzenia „dość!”, (od)zyskania swojego głosu i przede wszystkim bycia wreszcie usłyszanym.

Niewątpliwym zwycięzcą tego zestawienia tematycznego jest „Powrót do tamtych dni” Aksinowicza – film fenomenalnie rozprawiający się z koszmarem współuzależnienia degenerującym małymi, acz zdecydowanymi kroczkami tkankę rodzinną. To ta produkcja faktycznie pozwala swoim postaciom na katartyczny krzyk i usłyszenie go przez widzów.

Czym potrafi jeszcze zaskoczyć Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni?

Atmosfera, jaka opanowała Gdynię na te kilka dni, może świadczyć o tym, że polski świat filmowy potrzebuje tej imprezy jak powietrza. To z jednej strony świetna okazja, aby sprawdzić, jak prezentuje się aktualna panorama rodzimej kinematografii, jak tematycznie twórcy reagują na zmieniającą się rzeczywistości i na ile im się na to pozwala. Z drugiej zaś wypełniona zostaje potrzeba integracji zarówno na poziomie twórcy-twórcy, jak i twórcy-media czy twórcy-publiczność. Kiedy otrzymują oni również przestrzeń do dyskusji, okazuje się, że w pewnym momencie wydawać by się mogło skostniały Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni po rewitalizacji może przypominać faktyczne święto polskiego kina z marzeń jego przedstawicieli. Ten rok organizatorzy bez wątpienia powinni uznać za ogromny sukces pod względem zarówno selekcji filmów, jak i atmosfery wydarzenia. Pozytywnych zaskoczeń można było tu uświadczyć na tak wielu poziomach, że pozostaje jedynie mieć nadzieję na utrzymanie lub polepszanie tego stanu w kolejnych latach.

Relacja: Julia Palmowska – żyje kinem, muzyką i literaturą – w wolnych chwilach pisze o nich w sieci jako Palma kulturalna i mówi w podcaście Inna Kultura. Wielbicielka filozofii, nauk społecznych i każdej Nowej Fali, z którą się zapoznała.

Annette

🟧 Przeczytaj: Tomasz Kolankiewicz – rozmowa z dyrektorem artystycznym FPFF w Gdyni
🟧 Przeczytaj: Jak smakuje „gorzki fiolet”? – recenzja filmu „Hiacynt” (2021) Piotra Domalewskiego
🟧 Przeczytaj: Prime Time, czyli zamach na koniec wieku
🟧 Przeczytaj: Rozmowa z Katarzyną Klimkiewicz, reżyserką filmu o Kalinie Jędrusik

👉 Znajdź ciekawe wydarzenia kulturalne w naszej >>> wyszukiwarce imprez <<<

Udostępnij:


2022 © Fundacja ProAnima. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Skip to content

Rejestrując się zgadzasz się z naszą Polityką prywatności, a także wyrażasz zgodę na otrzymywanie bezpłatnych biuletynów. W dowolnym momencie możesz zrezygnować z subskrypcji klikając w link na dole każdego biuletynu.