Poezja zaprezentowana w formie filmu. Brzmi to nieco nierealnie, prawda? Z drugiej strony, jakże często wiersze nazywa się lirycznymi obrazami, a sam proces pisania określa jako malowanie słowem.
Są takie dzieła, które wymykają się jednoznacznej kategorii. Co prawda, możemy opisać ich formę, przypisać do odpowiedniego medium, ale technicznie lub za sprawą konwencji, wychodzą poza znane ramy. Tak właśnie jest z filmem Ghost Story z 2017 roku, w reżyserii Davida Lowery. Mały, niszowy obraz, który przeszedł bez echa, a jest świetną wizją tego, jak wyglądać mogłaby poezja, gdyby dosłownie spróbować przenieść liryczne treści i związane z nimi emocje na ekrany. Oczywiście, znam pojęcie obrazu poetyckiego – formę estetyczną, bez dokładnej definicji. Niemniej wspomniana produkcja jest w mojej opinii czymś więcej. To nie tylko melancholijne, klimatyczne dzieło, a właśnie forma poezji o wielkim ładunku emocjonalnym.
Ghost Story to film dwójki aktorów – Mara Rooney i Casey Affleck odgrywają bohaterów bliżej nieokreślonych. Więcej, zdawać się może, że są wyłącznie pewnymi figurami, gdyż grane przez wymienioną dwójkę postaci nie mają nawet imion. To C i M, jak możemy zauważyć na portalach wymieniających aktorów i przypisane im role.
Bezimienne osoby tworzą związek, w którym pojawia się niezgoda. Jednak sprawa, która prowadzi do nieporozumienia, nigdy nie zostaje rozwiązana, ponieważ C, grany przez Casey’a Afflecka, ginie w wypadku samochodowym. Pragnę zaznaczyć, że nie jest to spoiler, a bardzo ogólne przytoczenie mniej więcej pierwszych piętnastu minut filmu. Po śmierci C, jako duch, decyduje się powrócić do ukochanej. Mijają dni, M zaczyna radzić sobie z żałobą, i w końcu opuszcza dom, który dzieliła z ukochanym, gotowa zacząć nowe życie. A C, niewidzialny i niesłyszalny, zostaje w znanej sobie przestrzeni, obserwując, jak upływający czas zmienia dom, słuchając oraz obserwując kolejnych lokatorów, którzy przychodzą i odchodzą…
Wydawać się może, że Hollywood wpuściło już do kulturowego obiegu wiele dzieł z podobnymi motywami. Nic bardziej mylnego. Ghost Story nie jest kasowym hitem, który miał wielką promocję, albo posiadającym rzeszę fanów. Więcej, gdyby przejrzeć wybrane portale o tematyce filmowej, nietrudno natrafić na negatywne opinie, mówiące, że film jest całkowicie bez sensu, nudny oraz pseudoartystyczny. Skupmy się więc na rzeczach, które mogą odtrącić przeciętnego widza od ekranu, aby zastanowić się, z czego wynikają podobne postawy.
Po pierwsze, techniczna strona filmu. Ghost Story trwa zaledwie godzinę i dwadzieścia siedem minut. Tymczasem produkcja jest bardzo powolna. Nie tylko nie ma w niej akcji, ale wydarzenia w ogóle pozbawione są dynamizmu. Kamera jest statyczna, najczęściej ustawiona w jednym miejscu, obejmująca w kadrze przestrzeń, która się nie zmienia. Zabiegi te, rzecz jasna, to przemyślana, świadoma konstrukcja – Ghost Story reprezentuje nurt tzw. slow cinema, a więc gatunku autorskiego, minimalistycznego w formie, skupionego na długich ujęciach, z minimalną narracją. Przykład? Znamienna dla filmu scena, na którą narzeka większość osób niezaznajomiona z przytoczoną konwencją, czyli fragment, gdy bohaterka siada na podłodze, opiera się o kuchenne szafki i przez kilka minut (czasu rzeczywistego), je ciasto. Scenie nie towarzyszy muzyka czy żadne efekty. To jedno z wielu ujęć, które w kontekście całego filmu jest bardzo bolesne i realistyczne, ponieważ emanuje od niego smutek niemożliwy do zniwelowania. Tak naprawdę obserwujemy kobietę borykającą się z wewnętrzną pustką, której od śmierci partnera niczym nie może zapełnić.
Nie dość, że film jest powolny i oszczędny w środkach narracyjnych – ilość dialogów da się zliczyć dosłownie na palcach jednej ręki – to także nakręcony został w nietypowym formacie. Oszczędna w środkach narracja najpewniej służy dodaniu wizualnej opowieści prawdziwości, gdy chodzi o aspekt emocjonalny. Z kolei zmniejszony do kwadratu format zwiększa wrażenie intymności całej historii. Przywodzi bowiem na myśl stare fotografie lub znalezione gdzieś na strychu rodzinne kasetki do niedostępnych już, niepraktycznych, dawnych projektorów.
Wreszcie to, z czego film zasłynął najbardziej, a więc kreacja głównego bohatera. Kiedy C wraca do egzystencji jako duch, ma na sobie biały materiał, z dwoma wyciętymi, ciemnymi otworami na oczy. Wygląda to niczym najprostsze, zrobione, określając kolokwialnie, po taniości przebranie. A jednak wierzymy, że jest duchem. Najprawdziwszym, przygnębionym, samotnym duchem, przywiązanym w symboliczny sposób do swojego domu oraz miłości, z których nie umie zrezygnować. I choć przez oczywiste ograniczenia wynikające z kreacji, bohater nie posiłkuje się mimiką, emocje odczuwalne przez zmarłego są różnorodne, łatwo jest je odróżnić. Sposób ich pokazania, bez używania oczywistych narzędzi, należy uznać za wybitny.
Dla kogo w takim razie jest Ghost Story? Na pewno dla widzów wrażliwych, kochających sztukę i doceniających unikatowość. Opisywana produkcja ma do zaoferowania przepiękne kadry, pieczołowite ujęcia wnętrz oraz zachwycające widoki. Dodajmy do tego sprawne operowanie światłem oraz soundtrack, balansujący między eksperymentalną muzyką elektroniczną, a ambientem. Ścieżka dźwiękowa, sposób kręcenia filmu, historia pełna smutku, o zakończeniu, które zaskakuje, bawi się przy tym motywem czasu i jego interpretacją, zmuszając do podjęcia analizy obejrzanego filmu. To wszystko składa się doskonałe dzieło, ale najpewniej przeznaczone dla widzów gotowych wyjść spoza strefy komfortu masowych produkcji: dynamicznego montażu, szybkiej akcji czy milionów plot twistów. Film idealnie wpasowuje się w pojęcie kina artystycznego, niskobudżetowego, ale zasługuje na miano arcydzieła. Nie spektakularnego, lecz z ogromną siłą oddziaływania na odbiorców, o ile ci otworzą się na postmodernistyczne formy eksperymentalne.
Ghost Story jest niczym poezja przesiąknięta smutkiem, refleksją o śmierci i nieubłaganie uciekających dniach. To także poemat o stracie i żałobie, o przywiązaniu do czegoś i kogoś, tak silnym, że nie pozwalającym na odnalezienie wewnętrznego spokoju. Te zdania powinny być także zachętą do obejrzenia filmu przez kolejną grupę odbiorców, czyli osób nie bojących się płakać w czasie seansu. Nie piszę o ukradkowym ronieniu łez, ale prawdziwym wzruszeniu.
Ghost Story to jedno z moich ulubionych filmowych doświadczeń, bo wydaje mi się, że takie określenie jest jak najbardziej słuszne. Jeśli ktoś pragnie zapoznać się z poezją w nietypowej formie, nie zawiedzie się. Gwarantuję, że historia o duchu nie mogącym odejść ze świata, postaci z narzuconym na siebie białym prześcieradłem, całkowicie oczaruje oglądającego; opowieść cicha, powolna, ale świetnie oddająca wartości i emocje takie, jak miłość, ból po stracie, zagubienie w rzeczywistości, która nie zwalnia, nawet, kiedy tak bardzo tego potrzebujemy. Opisywany film nie jedno serce rozbije na malutkie kawałki i nawet nie pozbiera go z powrotem, kiedy na ekranie pojawią się napisy końcowe. Natomiast z pęknięć powstanie przepiękny wzór, którym bardzo trudno jest się nie zachwycić.
Recenzja: Zuzanna Golec
Zdjęcia: Oficjalny fanpage Ghost Story
Spodobała Ci się nasza recenzja filmu Ghost Story? Zobacz nasze inne artykuły!
Przeczytaj również: Johnny – recenzja filmu. Onkocelebryta znowu na ekranie
Przeczytaj również: “Wielka woda” – recenzja serialu
Przeczytaj również: „Taneczne shorty” – relacja z pokazu filmów krótkometrażowych
Przeczytaj również: Poławiaczki pereł – Pierwsze Polki na krańcach świata
Przeczytaj również: Bazyl, człowiek z kulą w głowie – recenzja filmu
Znajdź ciekawe wydarzenia w naszej