Array
(
    [0] => https://proanima.pl/wp-content/uploads/2020/09/art-gallery-4674319_1920-1400x933.jpg
    [1] => 640
    [2] => 427
    [3] => 1
)
        

Internet daje sporo możliwości. Możemy zamówić tu jedzenie – ale nie zjemy go on-line. Możemy zobaczyć człowieka – ale go nie dotkniemy. Możemy w końcu obejrzeć wystawę i poczuć, że uczestniczymy w sztuce – ale niczego tak naprawdę nie doświadczymy. I nie ma sensu wmawiać sobie, że jest inaczej. Rozgrzeszenie od sztuki – czemu wirtualne wystawy nie mają racji bytu?

Co lepiej oddaje „Monę Lisę”? Zdjęcie z Wikipedii, na którym możemy przyjrzeć się każdemu centymetrowi płótna piksel po pikselu czy rozmazana fotografia pokazująca obraz w oddali, ze zgrają ludzi z telefonami w ręku na pierwszym planie? Chociaż pod wieloma względami obydwa zdania są prawdziwe, to jednak intuicyjnie można wyczuć, że ta druga opcja ma znacznie więcej wspólnego z prawdziwym doświadczaniem dzieła w Luwrze. Kto odwiedził najpopularniejsze muzeum na świecie, ten wie, że przed obrazem Leonarda Da Vinci ustawiają się kolejki, a nad bezpieczeństwem dzieła czuwa linia wyznaczająca minimalny dystans od płótna. Dostrzeżenie jakiegokolwiek detalu jest więc niemożliwe – ale powiedzmy sobie szczerze: nie po to jedzie się do stolicy Francji, aby badać najsłynniejszy obraz świata milimetr po milimetrze.

Tymczasem w dobie pandemii galerie sztuki, muzea, teatry i inne instytucje zdają się twierdzić coś zgoła innego. Ich zdaniem 10 milionów osób odwiedzających Luwr w ciągu roku to ludzie, którym zależy na tym, by zaspokoić swój głód sztuki – i jeśli nie jest możliwe obejrzenie wystaw w galerii na własne oczy, przeniesienie zbiorów do internetowej chmury ma w pełni zrekompensować wszystkie zmiany.

Jeżeli tak ma to wyglądać w przyszłości, to powtórka z lockdownu może być zabójcza dla świata kultury i sztuki. Wirtualne wystawy i zachęcanie do partycypacji w sztuce w Internecie to nic innego jak twierdzenie, że galeria sztuki jest fabryką do oglądania obrazów. A na ten model, w dłuższej perspektywie, po prostu nie może być chętnych.

sztuki
„Jak wygląda w rzeczywistości?”
sztuki
“Jak sobie wyobrażamy Monę Lisę?”

Aura sztuki online – czemu wciąż warto czytać Waltera Benjamina?

Chociaż może się wydawać, że pewien rodzaj zmęczenia sztuką w Internecie to wymysł XXI wieku, to jednak czas przyznać uczciwie: lata lecą, technologia idzie do przodu, ale zasadniczy problem nie zmienił się od niemal 100 lat.

Walter Benjamin, niemiecki filozof i teoretyk kultury związany ze Szkołą Frankfurcką w jednym ze swoich najsłynniejszych esejów „Dzieło sztuki w epoce możliwości jego technicznej reprodukcji” już w 1936 r. wyraził swój optymizm wobec „umasowienia” sztuki. Zachwycał się rozwojem techniki i był przekonany, że rozwój fotografii pozwoli nieco zdemokratyzować ten elitarny rynek, a jednocześnie wierzył, że takie rozwiązanie doprowadzi do zniesienia kryteriów formalnych, zamykających dostęp do kultury „wysokiej”. A tych było sporo, począwszy od najbardziej dobitnych (takich jak odpowiednio wysoki poziom kompetencji kulturowych warunkujący chęć odwiedzania galerii czy świadomość trendów „na salonach”), a na detalach w postaci odpowiedniego ubioru (który dla wielu był warunkiem nie do przeskoczenia) skończywszy.

Demokratyzacja sztuki to jednak tylko jedna odnoga słynnego eseju, który zachwyt połączył ze smutnym dostrzeżeniem zaniku „tego czegoś”: nieuchwytnego aspektu, przez który oglądanie fotografii „Mony Lisy” nie jest tym samym, co obejrzenie jej w Luwrze.

Benjamin zdołał uchwycić nieuchwytne i nazwał to „aurą”, opisując ją później jako „osobliwą pajęczynę przestrzeni i czasu”. Szukając najprostszej ilustracji tego zjawiska, warto spojrzeć choćby na przedwojenne zdjęcia – często na podniszczonym papierze, nieczytelne, pełne plam. Wziąć taką fotografię do ręki, to jak doświadczyć iluzoryczności upływu czasu – ma to pewien metafizyczny urok, którego nie sposób odczuć, oglądając zrekonstruowaną cyfrowo wersję zdjęcia na stronie internetowej.

Jaki jest związek benjaminowskiej aury ze sztuką w Internecie?

Aura, rzecz jasna, nie daje się zamknąć w jednej definicji czy przykładzie, dlatego też jej wymiarów jest znacznie więcej. Godnym odnotowania elementem jest ten, którego przeniesienie sztuki do internetu nas pozbawiło. Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z muzeum, galerią czy nawet niewielką wystawą, wchodzimy w całkowicie odrębny świat rządzący się własnymi regułami – świat nazwany przez Michaela Foucaulta „heterotopią”. Ściśle określone zasady heterotopii w przestrzeni galeryjnej można streścić następująco: zrzekamy się własnej wolności i dajemy się prowadzić kuratorom za rączkę. Nasze zachowanie jest przy tym bardzo karne i pokorne, dlatego zgrabnie przechodzimy z jednej sali do drugiej zgodnie z zamysłem twórców.

Matematycznie rzecz ujmując, wizyta w galerii sztuki to oglądanie dzieł plus zagłębienie w rządzące heterotopią konwenanse. Z powyższego równania wynika jasno, że artyści odpowiadają tylko za pewną część całości – reszta zależy od innych pracowników (od kuratorów przez strażników aż do szatniarzy) oraz samej instytucji galerii.

I to właśnie tutaj należy dopatrywać się największego błędu popełnionego przez muzea udostępniające swoje zbiory w Internecie. Tak popularne w ostatnim czasie wystawy online kładą nacisk jedynie na prace artystów, ograniczając choćby kuratorów do roli twórców krótkich i chwytliwych opisów. Doświadczanie sztuki w sieci nie ma nic wspólnego z tajemnicą i czarem wizyty w prawdziwej instytucji kulturalnej. Bardziej przypomina scrollowanie postów na Facebooku, aniżeli dostosowanie do sztywnych galeryjnych obyczajów.

Łatwo zrozumieć oburzenie popularnymi pewien czas temu „kulturalnymi polecankami” masowo udostępnianymi w mediach społecznościowych. Doświadczenie sztuki w świecie wirtualnym bazuje na zupełnie innych zasadach i – jako próba prostego przeniesienia wydarzenia rzeczywistego do sieci – jest po prostu pomysłem nietrafionym. Pomijając już nawet fakt, że Internet jest przestrzenią promującą treści mniej angażujące intelektualnie (jak gdyby nie do końca był miejscem do spełniania tzw. wyższych potrzeb), trzeba niestety przyznać jasno – sztuka to przestrzeń, w której cenimy sobie obecność przewodnika. Kiedy jesteśmy całkowicie pozbawieni podpowiedzi ze strony kuratorów, a klikanie od obrazu do obrazu jest wręcz obowiązkiem, po prostu łatwo się dekoncentrujemy i uciekamy do innych zajęć.

Nie ma sensu krytykować muzeów i galerii za obecny stan rzeczy – epidemia pojawiła się w zasadzie z dnia na dzień, a udostępnianie zbiorów w Internecie jest jedynie próbą rekompensaty za brak dostępu do nowych dzieł. Jeżeli jednak taki stan miałby trwać dłużej, powinniśmy wymagać od autorów wystaw nieco większego zaangażowania. Może się to wiązać z koniecznością wymyślenia całkowicie nowych rozwiązań, które choć trochę będą nieco bardziej zbliżone do galeryjnej heterotopii i z pewnością nie będzie to proste zadanie – ale dopóki nic się nie zmieni, nie mamy prawa się dziwić, że obcowanie ze sztuką internetową po prostu męczy. I na dłuższą metę nie ma racji bytu.

Jan Brożek – student kulturoznawstwa, zakochany w detalikach ukrytych w codzienności i subtelnościach języka polskiego. Nie uznaje żadnych definicji, dlatego zamiłowanie do twórczości Doroty Masłowskiej i Łony łączy z zainteresowaniem kiczem i wszystkim tym, co lekkie lub płytkie. Na bieżąco z premierami literackimi, filmowymi i teatralnymi.

 

🟧 Poprzedni wpis autor: „Jak przejąć kontrolę nad światem 2” Doroty Masłowskiej już 2 września w księgarniach

🟧 Przeczytaj również: Alina Szapocznikow – zostawić w materii ślad

Udostępnij:


2026 © Fundacja ProAnima. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Przejdź do treści