„Elvis” (reż. Baz Luhrmann) to historia króla rock and rolla opowiedziana z perspektywy jego menadżera, Toma Parkera (granego przez Toma Hanksa). Jest on nie tylko narratorem, lecz także czarnym charakterem tego filmu, nieustannie próbującym odeprzeć zarzuty, że jest odpowiedzialny za śmierć Elvisa Presleya i niepowodzenia jego kariery.
Czujemy jego oddech na karku również wtedy, gdy Tom (Pułkownik) nie pojawia się w ogóle, ani jako bohater, ani narrator. Nawet działanie Elvisa wbrew zaleceniom czy chęciom menadżera są właśnie działaniami wbrew, nie pomimo. Zaledwie parę razy Elvis jest niezależną osobą i świadomym swojej twórczości artystą i są to chyba najciekawsze momenty filmu.

Widzimy Elvisa w gospelowo-jazzowo-bluesowym afroamerykańskim środowisku Memphis. Możemy wyobrazić sobie, jaki miało ono wpływ na młodego muzyka (w jednej z pierwszych scen – kiedy w radiu nadawana jest piosenka jeszcze mało znanego Elvisa – słyszymy pytania, czy wykonawca jest Afroamerykaninem; słuchacze są szczerze zdziwieni, że taki rodzaj muzyki wykonuje biały artysta). Ale przede wszystkim uczestniczymy razem z Presleyem w jego pierwszych koncertach, widzimy jak – czasem świadomie, a czasem nie – łamie tabu obyczajowe dotyczące segregacji, seksualności, ruchów scenicznych, ekspresji… i na chwilę możemy chyba sobie wyobrazić, co musiała czuć młodzież w zahukanej i pruderyjnej Ameryce lat 50., kiedy oglądała pierwsze występy przyszłego króla rock and rolla. Kto wie, być może te sceny otworzą również dalszą drogę Austinowi Butlerowi, który rolę Elvisa zagrał świetnie. Właśnie w trakcie jednego z koncertów Tom Parker obserwuje Elvisa po raz pierwszy i postanawia zostać jego menadżerem, ponieważ – film w zasadzie nie pozostawia wątpliwości – widzi wielki zysk. Jak sam podkreśla, nie zna się na muzyce w ogóle, potrafi za to tworzyć iluzję w ogół przedmiotu tak, by uczynić go obiektem pożądania i sprzedać. Swoją drogą film nie pokazuje Pułkownika jako wspaniałego biznesmena. Raczej jako osobę gotową wykorzystać innych dla własnych celów. Nie wiemy w zasadzie, czy sam Elvis również jest nabijany w butelkę, czy może oddanie menadżera jest w pełni szczere. W niektórych scenach ta dwuznaczność staje się jednoznacznością: kontrakt na występy Elvisa w hotelu International w Las Vegas, który niweczy marzenia muzyka o koncertach zagranicą, Pułkownik podpisuje czerwonym atramentem. Jeszcze wcześniej zawarcie umowy z samym Presleyem poprzedza wizyta w gabinecie luster, gdzie Elvis się gubi, a Parker pomaga mu znaleźć wyjście.

To pokazanie Presleya jako produktu a przy tym jednocześnie twórczego artysty, choć osoby poddającej się cudzej woli sprawia, że cała historia brzmi trochę inaczej niż wiele innych opowieści o geniuszach, których wyjątkowość jest podkreślana od samego początku. W tym filmie po prostu nie ma wątpliwości, że bohater jest wyjątkowy – ale nie tylko o to chyba chodzi. Można odnieść wręcz wrażenie, że dla Pułkownika – chociaż potrafi on rozszyfrować potrzeby i pragnienia widowni – sukces Elvisa jest w zasadzie tajemnicą. Nie ma tu żmudnej strategii biznesowej ani wielkiego oddania. Czasem, pomimo scen prezentujących nowatorstwo (muzyczne i obyczajowe) Elvisa i jego inspiracje, zastanawiamy się, czy oszałamiająca kariera Presleya nie jest czymś, co obu bohaterom się po prostu przydarzyło, bo jeden chciał mieć dużo pieniędzy, a drugi – kupić mamie różowego cadillaca. Tak jakby sam reżyser też nie bardzo panował nad opowiadaną historią.
Skutkiem skupienia się na postaci menadżera jest też ograniczanie roli innych osób: Priscilli i rodziców Presleya, z którymi relacje nie zostają w zasadzie zbudowane. Nawet wielokrotnie przez Pułkownika podkreślana miłość Elvisa do widowni i widowni do Elvisa, to emocja raczej opowiedziana niż odczuta.

W końcu bohater wchodzi w błędne koło pigułek, leków na pobudzenie, na wyciszenie. Zaczynają się kłopoty z nadwagą. Elvis próbuje się jeszcze przeciwstawić menadżerowi – bo scenariusz nie pozostawia wątpliwości, że to on jest odpowiedzialny za emocjonalne i zdrowotne komplikacje w życiu podopiecznego – ale ponosi porażkę. Pułkownik wyciska z niego tyle, ile może, bez liczenia się z potrzebami i artystycznymi celami muzyka. W końcu – jak mówi Harold , bohater Luhrmannowskiego „Moulin Rouge” – przedstawienie musi trwać. Chichotem losu wydaje się planowany udział wykończonego, popadającego w zapomnienie Presleya w kolejnym remake’u „Narodzin gwiazdy”.
Specjalnie przygotowany soundtrack od razu wpada w ucho
W filmie nie zabrakło też, częstego w filmach Luhrmanna, łączenia akcji sprzed kilkudziesięciu lat ze współczesną muzyką. W tym przypadku jest to hip-hop, który razem z „Hound dog” Big Mamy Thornton towarzyszy wędrówkom Elvisa po Beale Street. To połączenie dawnej i współczesnej muzyki afroamerykańskiej jest ciekawe, przypomina, że cała historia, chociaż oparta na faktach, jest, jak każda inna opowieść, zamysłem reżysera i prezentacją jego wizji.
Relacja: Aleksandra Zenowicz
Zdjęcia: Oficjalny FB filmu “Elvis”
Spodobała Ci się nasza recenzja filmu “Elvis”? Zobacz nasze inne artykuły o filmach!
Przeczytaj również: Soul – idealna animacja na jesień!
Przeczytaj również: Ulewa jest mą siostrą, strumień bratem – recenzja “Gdzie śpiewają raki”
Przeczytaj również: Czy warto oglądać “Drive my car”?
Przeczytaj również: Elvis wszedł do kin!
Znajdź ciekawe wydarzenia w naszej

