Felietony, Film, Literatura

Seriale i literatura – część pierwsza

Autor: Jarosław Szczęsny | Data dodania: 10.09.2020
Seriale Proanima.pl

Na początek dobra wiadomość: seriale nie zabiły literatury, ani tym bardziej powieści.

Mogą na nią wpłynąć, nieco pobudzić, ale o całkowitej eliminacji nie ma mowy. Rzekłbym, że mamy do czynienia ze ścisłym związkiem. Wszystkie prognozy stawiane w złotej erze seriali telewizyjnych, którą właśnie przeżywamy, odnośnie końca czytania okazały się chybione. Zupełnie jakby zapomniano, że serial jest po prostu kolejną odmianą kultury obrazkowej. Podobnie wiele odmian można znaleźć przecież w literaturze, żeby wymienić chociażby esej, reportaż albo biografię. Na styku obu kultur znajduje się oczywiście komiks, obecnie masowo ekranizowany przez studia filmowe, a z drugiej strony roszczący sobie pretensje do wliczenia w poczet literatury.

Oglądanie seriali doczekało się nawet jednostki chorobowej. “Serialoza”, czyli oglądanie aż do nieprzytomności. Zjawisko zyskało niesłychaną popularność w ciągu minionej dekady windując marki HBO czy Netflix do roli symboli popkulturowych. Kładzie się to cieniem na autorów, gdyż często posługujemy się pojęciem “nowy serial Netflixa”, zamiast oddawać sprawiedliwość ich twórcom. Inna sprawa, że nieznani twórcy zyskują sławę właśnie za sprawą popularności swojego serialu (patrz przypadek “Stranger Things”).

Wróćmy jednak do ich związku z literaturą. Podstawą obu jest tekst. Trudno sobie wyobrazić serial fabularny, trwający trzy sezonu, całkowicie pozbawiony treści. Za każdym serialem musi stać historia, a w niej odpowiednio fascynujący lub odpychający bohaterowie, a najlepiej wszystko razem. Jak pisał profesor Ryszard Koziołek: “Seriale, jak wcześniej powieść, odmieniły nasze obyczaje narracyjne, tworząc najpoważniejszą w dziejach sztuki opowiadania alternatywę dla prozy“. Seriale mają do dyspozycji ekran, w którym są w stanie pomieścić, atrakcyjne obrazy, ale bez literackiej bazy grzęzną w mieliźnie. Przejdźmy zatem do konkretów.

Literackie aż miło

Na początku moje spóźnione odkrycie dokonane w czasie pandemii. Serial “Sukcesja” Jessego Armstronga nadawany przez HBO. Zarys fabularny wygląda tak: starzejący się prezes medialnego imperium Logan Roy traci władanie nad swoim zdrowiem, a co za tym idzie, również nad swoją firmą. Uaktywnione zaistniałą sytuacją jego dzieci dość strachliwie ruszają, żeby zająć jego miejsce. Skąd ich strach? Odpowiedź na to poznamy kiedy już senior rodu wyjdzie ze szpitala i objawi się jego charakter. Jest to typ nieznoszący sprzeciwu, ochoczo ubliżający ludziom, publicznie poniża osoby, które się z nim nie zgadzają i w przypływie furii jest gotów uderzyć swojego wnuka lub syna. Dodam, że to właśnie on steruje znaczną częścią elektoratu w Ameryce oraz posiada bezpośredni kontakt z Prezydentem USA.

Jeśli zaraz ktoś będzie starał się zaatakować serial z lewej flanki przytaczając argument, że są to kłopoty 1% ludzi na świecie, czyli najbogatszych, to chętnie przypomnę, że duża część sztuk Williama Shakespeare’a dzieje się na królewskich dworach, a w ich artystyczną wszechmoc trudno powątpiewać. Więc wystarczy zaakceptować inne dekoracje, żeby delektować się bezwzględną siłą tego serialu. Nieprzypadkowo zresztą Shakespeare zostaje wywołany do tablicy w drugim sezonie serialu. Zacząć można od wizerunku toksycznej rodziny, w której panują relacje rodem z korporacji, gdzie dzieci muszą umawiać się na spotkanie z ojcem przez asystentkę, a w relacjach z “władcą” panuje lizusostwo i nie ma odważnego, który powiedziałby prawdę między oczy. Każdy ma coś do stracenia, głównie majątek.

Język bohaterów jest osobną sprawą. Naszpikowany wulgaryzmami w sposób dotąd nie notowany, a z drugiej strony podszyty rozpaczą. Żadna wypowiedź nie zostaje dokończona, ulegając wulgarnej destrukcji, a osoba wypowiadająca schodzi ze sceny albo chwyta smartfon nerwowo coś w nim sprawdzając. Sceny poniżenia i obdarcia drugiego człowieka z jakiejkolwiek godności zawstydzają samego widza. Jedyną wspólną płaszczyzną porozumienia między bohaterami jest zniszczenie. Trzeba kogoś zabić, zniszczyć, drobiazgowo przeczołgać, aby oznajmić swój triumf, ale i uciec przed strachem, że tym razem kolej mogła paść na mnie. I wcale nie mityczna „żądza władzy” ich napędza, a strach właśnie. Poza tym, po dwóch sezonach, jest to dzieło fenomenalne.

źródło: materiały prasowe / seriale i literatura

Papież bohaterem serialu? Oczywiście, w dodatku wątpiący, a nawet wyznający brak wiary w Boga. To wszystko pomieścił serial “Młody Papież” oraz jego kontynuacja “Nowy Papież” Paolo Sorrentino emitowany w Polsce przez HBO. Na pierwszy plan wysuwają się znakomite aktorskie kreacje Jude’a Lawa (sezon 1) oraz Johna Malkovicha (sezon 2). Towarzyszą im równie znakomite aktorki Cécile de France oraz Ludvine Sagnier. Jednak prawdziwą ozdobą jest Silvio Orlando w roli kardynała Angelo Voiello arcyważnego mistrza rozgrywek personalno-politycznych w Watykanie. Postać Voiello jest kluczowa, gdyż jako znawca mechanizmów rządzących Stolicą Apostolską potrafi on wyjść poza nie, zorganizować wybór głowy Kościoła albo udaremnić jakiś skandal. Można by pomyśleć, że stanowi jedynie rozrywkowy dodatek, ale przecież bez takiego Voiello instytucja Kościoła nie mogłaby działać poprawnie. Istny Kardynał Richelieu XXI wieku, obdarzony w większości dobrymi cechami.

To daje bardzo komfortowe życie następcom św. Piotra. Ci mogą do woli, nie zaznając większych trosk materialnych, oddawać się sprawom duchowym – swoim jak i swoich wiernych. Tylko, że do końca tak się sprawy nie mają, gdyż obaj Papieże z niezwykle literackim wdziękiem obnoszą się ze swoimi zmaganiami w kwestii wiary, a nawet jej utraty. Ich odcięcie od świata przypominać może słynne sanatorium w Davos, gdzie przebywał Hans Castorp, bohater powieści Thomasa Manna „Czarodziejska góra”. Rozwodzą się nie na temat fundamentów wiary, ale nad własnymi, jednostkowymi przypadkami. Czy tak, aby postępować ma duszpasterz? Wierzący interesują ich, powiedzmy, umiarkowanie. Dobrze jak wpadną na Plac Świętego Piotra w Rzymie albo jak nie będą robić zbyt wiele zamieszania w sprawach pontyfikatu. Poza tym liczy się władza jaką daje ołtarz. I w demaskacji tego stanu rzeczy serial “Młody Papież” idzie bardzo daleko nie przybijając puent deską.

Śmierć i Zło

Cóż jest bardziej prozatorskiego niż śmierć? Literatura obrabia ten temat od dziesięcioleci na każdy możliwy sposób. Nic dziwnego, że seriale również podążyły tą ścieżką. Najznakomitszym przykładem dla mnie pozostaje “Sześć stóp pod ziemią” Alana Balla. Zaczynając od końca muszę przyznać, że jest to dla mnie wzór do naśladowania, jeśli chodzi o zakończenie całego serialu. Podobnie zresztą jak “Mad Men” (o tym serialu w następnym odcinku). Fabułę rozpoczyna śmierć ojca, który wraca jako duch i pozostawia zakład pogrzebowy (a jakże!) swoim dwóm synom: powracającemu marnotrawnemu Nate’owi Fisherowi (Peter Krause) i starającemu się zaakceptować swój homoseksualizm Davidowi Fisherowi (Michael C. Hall).

Każdy odcinek zaczyna się śmiercią. Nie byle jaką. A to ktoś przejedzie się własnym samochodem albo świętująca rozwódka uderza głową w sygnalizację świetlną. Makabra tańczy do pary z groteską, a śmierć doskonale wpisuje się w życie. Dosyć szybko telewizyjna rodzina wtapia się w codzienny krajobraz widza. Dramaty na nich spadające (są też chwile szczęścia, rzecz jasna) nie są w skali wojewódzkiej, a raczej małomiasteczkowej, ale mają w sobie wymiar ogólnoludzki. Są tam też chwile zwątpienia, emocjonalne resety (przynoszące postronne ofiary), czyli życie w swej pełni. Klucz do znakomitości tkwi w tym, że oto bohaterowie, dla których śmierć jest codziennością, a bywa również bardziej technicznym aspektem (patrz przygotowanie ciała do trumny), znający koniec naszego daremnego trudu, nie mogą przestać krzątać się i gubić w sprawach codziennych, gdyż są ludźmi właśnie.

źródło: materiały prasowe

O naturze zła, jego pochodzeniu czy narodzinach zapełniono stosy stron. Również tych, które zawierały scenariusz do serialu “Breaking Bad” Vince’a Gilligana. Serial, który wszedł już do kanonu współczesnych seriali i nie znalazł się tam przez pomyłkę. Historia dotyczy nauczyciela Waltera White’a, który dotychczasowe życie spędzał w jego poczekalni. Niedoceniony w szkole, wykonujący pracę nie gwarantująca satysfakcji, a jako nagrodę zostaje zdiagnozowany u niego rak płuc. To wszystko sprowadza go do podjęcia próby wyprodukowania metamfetaminy wraz ze swoim byłym uczniem Jessem Pinkmanem.

Powyższy opis jest jedynie małym początkiem wielkiej historii o narodzinach zła u nudnego człowieka. „Everymana” chciałoby się rzec, który nagle staje się zdolny do radykalnie złych czynów, których jedynie początkiem jest produkowanie śmiercionośnego narkotyku i sprzedawanie go ludziom. Nie mówiąc już o wzbogacaniu się na nim i utrzymywaniu kalekiego syna chociażby. Budując serial o niemal filozoficznej wymowie twórcy włożyli sensacyjny kostium, by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Ale niech nie schodzi sprzed naszych oczu kluczowe w tym przypadku pytanie: czy naprawdę każda realizacja siebie niesie za sobą dobre konsekwencje?

Koniec części pierwszej – “Seriale i literatura”

 

Jarosław Szczęsny – entuzjasta muzyki oraz literatury albo na odwrót. Pisze również na Nowamuzyka.pl.

 

Osoby zainteresowane filmem czytały również:

Seriale i literatura cz. 2   oraz  Dlaczego uzależniamy się od seriali?

*Zdjęcie na początku: Burak K / Unsplash

Udostępnij:

FacebookTwitter


Scroll Up
Skip to content

Rejestrując się zgadzasz się z naszą Polityką prywatności, a także wyrażasz zgodę na otrzymywanie bezpłatnych biuletynów. W dowolnym momencie możesz zrezygnować z subskrypcji klikając w link na dole każdego biuletynu.