Słoń w filmie to zwierzę dość często spotykane, i to nie tylko w kinie afrykańskim czy azjatyckim. Pierwsze (lub jedno z pierwszych) jego pojawienie się na ekranie wiązało się z dużym wstrząsem.
Zwłaszcza obecnie, w dobie zwiększonej wrażliwości na dobrostan zwierząt i wiedzy o nich, nie można spokojnie oglądać tego niespełna minutowego, ale niemożliwego do zapomnienia filmu, zatytułowanego Electrocuting an Elephant, który jest zarazem dowodem na żądzę sukcesu Thomasa Edisona, którego dynamo posłużyło do zabicia słonicy występującej w cyrku. Wynalazca do sławy dążył dosłownie po trupach, i to nie tylko słonia, lecz także psów i kotów, na których testował swoje wynalazki.
Trailer Electrocuting an Elephant
Słonica Topsy poniosła karę niczym zwierzęta sądzone w średniowieczu podczas kuriozalnych procesów. Owszem, zabiła człowieka, jednak był on sam sobie winien, wchodząc pomiędzy zwierzęta i drażniąc je. Późniejsze agresywne zachowania słonicy (również na skutek notorycznych kar fizycznych) nie skłoniły jej właścicieli do opamiętania się i zaprzestania pracy z tym zwierzęciem. A kiedy człowiek nie wie, co z nim zrobić, najprościej jest je zabić…Topsy została stracona 5 stycznia 1903 r. na Coney Island w Nowym Jorku, a film jest zapisem jej niepotrzebnej i okrutnej śmierci – zemsty człowieka. Równocześnie była to jedna z pierwszych śmierci udokumentowanych na taśmie filmowej.
Tyke: słonica wyjęta spod prawa
Dość podobną historię ilustruje współczesny już film dokumentalny Tyke: słonica wyjęta spod prawa (ang. Tyke. The Elephant Outlaw) z 2015 r. w reżyserii Susan Lambert. Jest to biografia słonicy afrykańskiej urodzonej w 1974 r. w Mozambiku, która po odłowieniu była zmuszana do występów w kolejnych cyrkach w Stanach Zjednoczonych. To szokująca opowieść o bohaterce tragicznej, która swoje pragnienie odzyskania wolności przypłaciła życiem. W końcu ludzie nie są przyzwyczajeni do sprzeciwu ze strony zwierząt, a Tyke wielokrotnie sygnalizowała, że nie chce pogodzić się ze swoim smutnym losem.
Trailer Tyke: słonica wyjęta spod prawa
Ponadgodzinny dokument to dla miłośników zwierząt emocjonalne wyzwanie, film obfituje bowiem w materiały pokazujące ostatnie chwile słonicy. Reżyserka zadbała o to, aby w jej sprawie wypowiedziały się obie strony – byli treserzy oraz „nawrócona” treserka, która po czasie (lepiej późno niż wcale) zrozumiała, jaką krzywdę wyrządzała słoniom podczas swojej kariery zawodowej.
Narracja została poprowadzona w taki sposób, że pomimo niewątpliwej tragedii (była ofiara śmiertelna – treser Tyke i inni ranni), sympatyzujemy ze słonicą, która stała się obiektem ludzkiej przemocy i chciwości. Tragedii można było zapobiec, gdyby treserzy poważnie potraktowali sprzeciw zwierzęcia i w porę wycofali je z występów. Tak się jednak nie stało i podjęta przez słonicę podczas występu na Hawajach próba ucieczki powiodła się. Zdeterminowana, zrozpaczona i oszalała ze strachu Tyke biegła ulicami Honolulu, stwarzając oczywiste zagrożenie dla wszystkich, których napotkała na swojej drodze.
Jak to często bywa w takich przypadkach, za winę człowieka zapłaciło zwierzę – samica została zastrzelona. Miała zaledwie 20 lat… 20 sierpnia 1994 r. oddano do niej aż 86 strzałów! Umierała w męczarniach, na ulicy, otoczona hałasem, gapiami, zawiedziona po raz kolejny przez człowieka, który pozbawił ją możliwości realizacji gatunkowych potrzeb i szczęśliwego życia na wolności wyłącznie dla zaspokojenia potrzeb prymitywnej gawiedzi, spragnionej show.
Tyke: słonica wyjęta spod prawa to doskonały przykład zoobiografii autentycznej, w której poznajemy życie zwierzęcia od momentu narodzin do (nienaturalnej w tym przypadku) śmierci.
Dlaczego Tyke jest tak wyjątkowa? Pokazała ludziom, że zwierzęta też mają swoje marzenia i dążenia. Ona dla swojego marzenia o wolności gotowa była ponieść każdą cenę. Jej wola walki i desperacja przypominają nam o wszystkich zwierzętach na całym świecie, które jeszcze cierpią w cyrkach. W milczeniu, nie buntując się, gdyż wiedzą, ile razów na nie spadnie przy próbie najmniejszego choćby oporu.
Filmowe słonie pojawiają się często w animowanych filmach dla dzieci, takich jak disneyowskie pełnometrażowe Dumbo z 1941 r. i Księga dżungli (1967), a także krótkometrażowe Wielkie mycie (1948) i Goliat II (1960).
Inne przykłady, po które warto sięgnąć, to:
- Słoń Elmer (1936),
- nasz rodzimy serial Proszę słonia (1968),
- a z zagranicznych produkcji Niebieski słoń (2006), Horton słyszy Ktosia (2008), Zwierzogród (2016), Słoń w pokoju (2019) i Słoń Benjamin (2020).
https://www.youtube.com/watch?v=lXo_eC3y6Ho
Fragment serialu Proszę słonia
Filmy fabularne, w których nie zabrakło tych zwierząt, to:
- Morderstwo (1930),
- Kochankowie i lizaki (1956),
- Korzenie niebios (1958),
- Człowiek ze złotym pistoletem (1974),
- Słoń i ja (1982),
- Mój przyjaciel słoń (1992),
- Operacja Słoń (1995),
- Pięć ton i on (1996),
- animacja skierowana do starszego widza pt. Uwolnić słonia (2006), a także Sunni i słoń (2007).
Jeśli chodzi o polskie produkcje, nie zapominajmy o:
- Słoniu (1959),
- W pustyni i w puszczy (wersje z 1973 i 2001 r.) oraz filmie dokumentalnym, zatytułowanym O zwierzętach i ludziach (2019).
Fragment filmu dokumentalnego O zwierzętach i ludziach
W ostatnich latach słonie królowały w filmach takich jak:
- Słoń (2010),
- Woda dla słoni (2011),
- Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął (2013),
- Mój szczęśliwy słoń Lucky (2013),
- Tyke: słonica wyjęta spod prawa (2015),
- Księga dżungli (2016),
- Biblijne zoo (2016),
- Słonik Bertie (2016),
- Przetrwać w dziczy: kraina słoni (2017),
- Jumbo – najsłynniejszy słoń świata (2017),
- Słoń w pokoju (2017),
- Mowgli: Legenda dżungli (2018),
- Ratujmy Florę (2018),
- Mia i biały lew (2018),
- wyjątkowo nieudanym remake’u Dumbo Tima Burtona (2019),
- Śladami słoni (2020) i krótkometrażowym dokumencie o walce z kłusownictwem zatytułowanym Cosmoto (2020).
Fragment filmu Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął
Pop Eye w reżyserii Kirsten Tan
Pop Aye to film drogi Kirsten Tan. Zrealizowany w Tajlandii, do której reżyserka powróciła po latach, opowiada historię mężczyzny w średnim wieku – wypalonego zawodowo architekta o imieniu Thana, niedocenianego zarówno w pracy, jak i w domu. Skumulowane problemy stają się zapalnikiem do spontanicznej idei, zrodzonej w jego głowie podczas spotkania ze słoniem, wykorzystywanym do ulicznych występów. W olbrzymie Thana rozpoznaje swojego przyjaciela z dzieciństwa, słonia Popaya, nazwanego tak oczywiście na cześć bohatera ulubionej kreskówki. Przez lata zwierzę otrzymało wiele imion – obecnie nazywa się Chang Beer, ponieważ jest (o zgrozo!) pojone piwem. Ten fakt (oraz idiotyczne przebranie zwierzęcia) mają oczywiście przyciągać widzów, bezrefleksyjnie przyglądających się cierpieniu zniewolonego zwierzęcia. Dramat tym większy, gdy weźmiemy pod uwagę wielką inteligencję, doskonałą pamięć i dużą empatię tych zwierząt. Ilu przedstawicielom naszego gatunku brakuje tych cech…
Jest to refleksyjna opowieść nie tylko o drodze, która jest równie ważna (a może nawet ważniejsza) niż cel podróży, lecz także o powrocie do krainy dzieciństwa, z którą łącznikiem jest napotkane zwierzę. Cle przyświecający Thanie jest szczytny – zabierając Popaya z Bangkoku do swojej rodzinnej wioski, a więc miejsca, w którym rozpoczęła się ich przyjaźń (matka słoniątka została zastrzelona), pragnie mu przywrócić wolność i godność. Obaj dzielą ze sobą trudy podróży (film kręcono podczas największych upałów w Tajlandii, co nie byłoby zgodne z wytycznymi American Humane Association, które zabrania kręcenia zdjęć z udziałem zwierząt w najgorętszych porach dnia).
Thana porównuje się ze słoniem, mówiąc do niego: „Jesteś taki jak ja: stary, gruby i bezdomny”. Jak trafnie zauważył jeden z recenzentów, Than ucieka od rozczarowania dorosłością, przed rozpadającym się małżeństwem, przed samą rzeczywistością. Chętnie powraca do czasów dzieciństwa, kiedy był beztroski i szczęśliwy, a wspólne kąpiele z Popayem zacieśniały ich przyjaźń.
Bong, słoń indyjski (jest mniejszy i ma łagodniejszy temperament niż afrykański) był pierwszym zwierzęciem napotkanym przez reżyserkę gdy powróciła do Tajlandii na rok przed rozpoczęciem zdjęć do filmu, żeby poznać gatunek, jakim są słonie i jak najwięcej się o nich nauczyć. Początkowo wydał się on Tan zbyt doskonały i majestatyczny, ale gdy przeprowadziła casting, w którym wzięło udział ponad 100 słoni, stało się jasne, że zdeklasował konkurencję. Ostatecznie w filmie zagrały trzy słonie: „główny” (czyli Bong), drugi dorosły słoń oraz słoniątko, występujące w scenach retrospekcji.
Trailer filmu Pop Aye
Niestety, jak niejednokrotnie bywa z bohaterami zwierzęcymi, zwierzę jest tu raczej dodatkiem do człowieka, któremu oczywiście poświęca się najwięcej czasu ekranowego. Prawie nie ma ujęć ze słoniowego punktu widzenia (wyjątkiem jest ujęcie pod supermarketem, kiedy do Popaya podbiega ujadający pies i słoń spogląda na niego z góry). W filmie pojawiają się również krowy i kury, a także głosy ptaków i świerszczy.
Uważny (i znający się na mowie ciała zwierząt) widz w jednej ze scen tajskiej produkcji zauważy stereotypowe, powtarzające się kiwanie głową przez słonia (zwierzę stoi niedaleko autostrady). Takie ruchy stereotypowe (zwane stereotypiami) świadczyć mogą o trzymaniu zwierzęcia w zamknięciu, w zbyt ubogim środowisku, i są charakterystyczne dla zwierząt trzymanych w cyrkach i ogrodach zoologicznych. Obecnie uważa się, że ruchy te mają pomóc zwierzęciu uporać się ze stresem i trudną sytuacją, trudno jednak nie zgodzić się z tym, że są one czytelną wskazówką jego niepokoju i stresu.
Thana, człowiek z prowincji, który wraz ze starzeniem się traci swoją pozycję w firmie i czuje już na plecach oddech „młodych wilków”, nie pasuje do Bangkoku podobnie jak słoń, który powinien być w tajskiej dżungli, a nie maszerować po asfalcie. Podobieństwo losów tej dwójki jest uderzające, nic wiec dziwnego, że pragną oddalić się od cywilizacji.
Zaskakujący zwrot akcji pod koniec filmu rzuca pewne światło na dodatkową motywację Thana.
Opowiadając w jednym z wywiadów o trudnościach wiążących się z pracą ze słoniami na planie, reżyserka ujawnia swoją niewiedzę w zakresie pracy z tymi zwierzętami, dlatego też scenariusz wymagał modyfikacji. Pierwotnie słoń miał więcej czasu spędzać na leżąco, jednak Bong od razu wstawał, stąd w tych ujęciach zastąpił go drugi słoń, którego imienia nie znamy (w napisach końcowych pojawia się tylko Bong). Aby zbudować więź łączącą na ekranie Thana i Popeya, na polecenie reżyserki aktor przebywał z nim przed zdjęciami przez dwa tygodnie. W tym czasie udawali się na przechadzki rano i wieczorem, a także ćwiczyli np. leżenie obok siebie. Zachętą do wykonywania poleceń był słoniowy przysmak – banany.
Filmy ze słoniami w roli bohaterów skłaniają do niewesołych refleksji na ich temat, odzwierciedlając ich życie w służbie człowiekowi. Nie odwiedzajmy cyrków ze zwierzętami, a może któregoś dnia doczekamy chwili, kiedy przestaną być one w nich wykorzystywane do pracy, a zakaz ten obejmie wszystkie kraje. Póki co, w sferze marzeń pozostaje też rezygnacja ze słoni w charakterze pomocników drwali oraz tragarzy turystów, jak to ma miejsce chociażby w Tajlandii o której opowiada Pop Aye. Jeżeli przestaniemy jako turyści korzystać ze słoniowych przejażdżek, być może kiedyś słonie odzyskają wolność, albo przynajmniej trafią do azylów dla okaleczonych psychicznie i fizycznie zwierząt, które całe życie pracowały pod jarzmem człowieka, samozwańczego pana tej planety.
Marta Chrzczanowicz – absolwentka filologii polskiej i antropozoologii na UW, zoopsycholożka, miłośniczka wszystkich zwierząt (zwłaszcza kotów), kinomanka, twórczyni blogów filmowych: „Filmowe zwierzęta – blog o postaciach zwierzęcych w kinie”, „Filmowe Koty – blog o kocich postaciach w kinie” oraz „Filmowe Psy – blog o psich postaciach w kinie, dostępnych na Facebooku, na których recenzuje filmy z perspektywy Animal Studies. W obszarze jej zainteresowania znajdują się sposoby przedstawiania zwierząt w filmie w perspektywie animal studies, ich symbolika, a także zachowanie na planie filmowym i dobrostan.
Przeczytaj: Alkoholizm wieku średniego – recenzja filmu “Na rauszu”
Przeczytaj: Polska w filmowym stylu – Mazury: Kraina Tysiąca Jezior
Przeczytaj: Podróż na Diunę, czyli powrót do Lyncha