Array
(
    [0] => https://proanima.pl/wp-content/uploads/2025/11/redcoat-opinia-recenzja.jpg
    [1] => 400
    [2] => 533
    [3] => 
)
        

Czy wyobrażając sobie nieśmiertelność, myślisz o darze czy przekleństwie? O wolności od czasu czy o jego niekończącym się ciężarze? Redcoat igra z tymi wyobrażeniami, wrzucając czytelnika w świat, w którym historia i magia splatają się w nieoczywistą opowieść. To komiks, który jednocześnie bawi się przeszłością i z rozmachem buduje własną legendę — barwną, intensywną i pełną zaskoczeń, nawet wtedy, gdy nie zdradza jeszcze wszystkich swoich tajemnic.

Redcoat – o czym jest?

Mówiąc o komiksie Redcoat, ciężko nie wspomnieć o pewnych wydarzeniach historycznych. Jednocześnie jednak trudno przywiązywać do nich większą wagę, gdyż przykładowo rok 1776 a 1892 dzieli zaledwie jedna strona. Zacznijmy jednak od XXIII wieku, bo wtedy też zaczyna się cała historia. Całość ma miejsce w Stanach Zjednoczonych, co jest całkiem istotnym faktem, bowiem jest to komiks bardzo amerykański. Umiejscowienie całej historii ma także znaczenie fabularne, gdyż autor osadza wszystko w wydarzeniach politycznych tego kraju.

Główny bohater, Simon Pure, jest brytyjskim żołnierzem biorącym udział w Wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych, a w kontekście przedstawionych nam wydarzeń – w bitwie pod Trenton w 1776 roku. Komiks po pierwszych kilku stronach może wydać się dziełem poruszającym mocno tematykę historyczną, jednak bardzo szybko czytelnik przekonuje się, że jest tu sporo fantastyki. I choć w pierwszej chwili widok George’a Washingtona posługującego się magią niczym Dr Strange może wydać się zabawny, to ostatecznie ciężko odeprzeć wrażenie, że autorzy zręcznie połączyli historię z fantastyką.

redcoat opinia recenzja
Scenariusz: Geoff Johns

Simon, po nieudanej próbie zabicia Washingtona, zmuszony jest uciekać, będąc gonionym przez wielu żołnierzy. Ostatecznie udaje mu się skryć w napotkanym kościele. Choć początkowo zdaje się, że jest opuszczony, Simon odkrywa, że wewnątrz dzieją się rzeczy – powiedzmy – podejrzane. Na środku pomieszczenia leży rozebrany mężczyzna, a wokół niego stoi pięciu zamaskowanych ludzi ubranych niczym członkowie Ku Klux Klanu. Niezdarność głównego bohatera sprawia, że trafia wprost w środek całego obrzędu, co okazuje się najważniejszym wydarzeniem w jego życiu. Nagle cały budynek wybucha, a ognie są niezwykle jaskrawo niebieskie, charakterystyczne dla tej serii.

Jak się okazuje, główny bohater, trafiając w sam środek rytuału, stał się jego częścią. Otrzymał w ten sposób wyjątkowe moce – choć cały kościół wybuchł, na jego zgliszczach ostał się tylko Simon. Cały i zdrowy. Tak też odkrył, że od tego dnia jest nieśmiertelny – niegroźne jest mu starzenie się, a rany postrzałowe lub każde inne ostatecznie się regenerują. Coś jak u Deadpoola – z tą różnicą, że tutaj główny bohater jest atrakcyjniejszy, a całość wydarzyła się wiele, wiele lat przed bohaterem Marvela. Oprócz wyjątkowych umiejętności głównych bohaterów podobieństw pomiędzy nimi jest więcej. Obaj są dosyć cyniczni, humorystyczni, z lekkim, może nieco niedbałym podejściem do otaczającej ich rzeczywistości.

Oprócz tego wprowadzenia czytelnik otrzymuje też historię z czasów, gdy Simon ma już ponad 100 lat – wyglądając oczywiście nadal jak 26-latek i w zasadzie nadal żyjący jak 26-latek. Simon, mając już tyle doświadczenia za sobą, wciąż prowadzi hulaszcze życie, nie dbając o maksymalizację kapitału, na co miałby sporo czasu, żyjąc tyle lat. Podczas jego rutynowej bijatyki z grupką mężczyzn chcących się zrewanżować za przykrość, którą im wyrządził, zostaje – ponownie – rutynowo zabity. Gdy przebudza się ze śmierci, zdarza się coś niespodziewanego. Natrafia na tych samych zamaskowanych kultystów, co dnia, kiedy zyskał nadludzkie moce. Jak się okazuje, są oni w stanie zabić Simona – zabić tak, by już się nie odrodził. Ich cele sięgają jednak o wiele dalej – chcą zniszczyć Amerykę. Głównemu bohaterowi nie zostaje nic innego, jak z nimi walczyć – by uchronić swoje życie oraz kraj.

U boku Simona pojawia się kilku bohaterów pobocznych. Najważniejszą postacią obok Pure’a jest młody chłopak, który wykopał go po tym, jak został pochowany na cmentarzu. Jest on całkiem bystry, o czym najlepiej świadczy fakt, że ma na imię Albert, a na nazwisko Einstein. I choć osobiście ta postać do mnie nie trafiła, bywała chwilami irytująca, to ogólnie rzecz biorąc stanowiła ciekawe urozmaicenie. Kolejną istotną postacią jest Benedict Arnold. Wyróżnia się tym, że – podobnie jak Simon – jest nieśmiertelny. Z tą różnicą, że Arnold dobrze wykorzystał swoją długowieczność, pomnażając swój majątek. Dynamika jego relacji z głównym bohaterem jest bardzo ciekawa – od rywalizacji, przez dobre rozumienie siebie nawzajem, przez chęć pomocy w trudnych chwilach, aż po… radzę przeczytać całość.

Redcoat – warstwa graficzna

Redcoat to komiks, który kładzie duży nacisk na opowiadaną historię. Nie można jednak powiedzieć, że jego warstwa graficzna została potraktowana po macoszemu. Wręcz przeciwnie – wygląda naprawdę, naprawdę świetnie. Czasem podczas lektury komiksu można odnieść wrażenie pewnej monotonii, pojawia się chęć zobaczenia jakiegoś nietypowego kadru. Tutaj tego nie uświadczymy – w zasadzie każdy kadr prezentuje się na tyle dobrze, że gdyby znalazł się w innym komiksie, mógłby zostać uznany za ten najciekawszy (oczywiście nie zawsze). Pod tym kątem Redcoat jest naprawdę intrygujący – czytelnik otrzymuje tyle dobrodziejstw, że sam nie wie, czy lepiej czytać dalej, poznając rozwinięcie historii, czy zawiesić wzrok na dłużej nad świetnym kadrem.

Wyjątkowość warstwy graficznej widać w wielu aspektach. Kreska w świetny sposób prezentuje postacie i wydarzenia z dużą dokładnością, jednak nie przesadną. Czujemy realizm, ale jednocześnie nie jesteśmy przebodźcowani nadmiarem elementów na stronach. Tym, co chyba najmocniej mnie urzeka, jest kolorystyka. Brad Anderson wspiął się na absolutnie wysoki poziom, kolorując ten komiks. Dominujące barwy zawsze świetnie pasują do wydarzeń, ich klimatu i kontekstu. Są przyjemne dla oka, a autor często stosuje kolory dopełniające, np. niebieski i pomarańczowy, co daje naprawdę znakomity efekt.

redcoat recenzja opinia
Rysunki: Bryan Hitch

No i przede wszystkim – sceny akcji. Te prezentują się genialnie. Wręcz kipią intensywnością kolorów, tak że twarz czytelnika mogłaby sama zacząć świecić, niczym podczas przeglądania telefonu nocą. Dodatkowo bardzo dobrze oddają dynamikę bohaterów, przedstawiając wszystko dokładnie i jednocześnie energicznie. Kadry są często nietypowe – bohaterowie wychodzą poza ich granice, strony mają nietypowy układ, a pomysły na kadrowanie są świeże i ciekawe. Jeśli ktoś docenia warstwę graficzną komiksu Geiger, tutaj również powinien być zadowolony.

Jedynym minusem, który często wracał i psuł odczucia z lektury, jest częste nachodzenie ilustracji na środek komiksu, tam gdzie znajduje się zagięcie, przez co czasem po prostu nic nie widać. Z tego powodu autorzy zwykle unikają kadrów rozciągających się na dwie strony, a jeśli już się na to decydują, starają się umiejscawiać treść tak, by nie została „zjedzona” przez zginające się kartki. Tutaj niestety całkiem często rysunki są umieszczone dokładnie na samym środku, co sprawia, że stają się niewidoczne.

Opinia o komiksie

Redcoat to komiks bardzo dobry i zdecydowanie godny polecenia. Jego poszczególne elementy często nie są idealne, ale co najmniej naprawdę świetne. Fabuła i warstwa merytoryczna prezentują się bardzo ciekawie. Połączenie historii i magii wypada dobrze, choć momentami balansuje na cienkiej granicy groteski. Dodatkowo sama historia, znaczące wydarzenia oraz postacie historyczne są ukazane dosyć powierzchownie – czasem można odnieść wrażenie, że wręcz na siłę. Przykładem może być postać Einsteina – to, kim jest, niewiele wnosi do fabuły. Za pewien minus uznaję też okazjonalne przeciąganie akcji długimi dialogami. Historia jest na tyle ciekawa, że momentami chciałem ominąć już bezcelowe rozmowy na rzecz poznania, co wydarzy się dalej. Mimo to czytelnik raczej nie powinien się nudzić – opowieść trzyma w napięciu.

Warstwa graficzna, pomimo wspomnianego wcześniej problemu, prezentuje się naprawdę dobrze. Osobiście postrzegam ją jako najmocniejszą stronę komiksu, co nie znaczy, że pozostałe elementy są słabe.

Ogólnie rzecz biorąc, mogę z czystym sumieniem polecić ten komiks. Jest to bardzo ciekawe uniwersum – przypominające Marvela, ale mające własny styl i klimat. I choć nawiązania do Deadpoola czy Kapitana Ameryki widać na pierwszy rzut oka, nie przeszkadza to w lekturze. A ta jest naprawdę dopracowana i przez to bardzo wciągająca.

Redcoat –  informacje o komiksie

  • Wydawnictwo: Nagle!
  • Tytuł oryginalny: Redcoat Vol. 1
  • Scenariusz: Geoff Johns
  • Rysunki: Bryan Hitch (oraz Andrew Currie)
  • Tłumaczenie: Olga Mysłowska
  • Data wydania: 2025 rok
  • Cena okładkowa: 99,90 zł
  • Liczba stron: 240
  • Oprawa: miękka

Opinia: Paweł Skarzyński
Zdjęcia: Paweł Skarzyński

 Przeczytaj również:  Brigantus 1. Wyganienc – recenzja komiksu
Przeczytaj również:  Rashomon – komiks. Opowieść pełna mroku
Przeczytaj również:  Sain Elme 2 – recenzja. Gdzie są żaby?
 Przeczytaj również:  Most Heksagon  – recenzja komiksu science fiction
 Przeczytaj również:  Minecraft komiks – recenzja
Przeczytaj również:  Brigantus 2. Pikt opinia

Udostępnij:


2026 © Fundacja ProAnima. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Przejdź do treści