Są takie filmy, które poza całym spektrum racjonalnych przemyśleń, obiektywnych spostrzeżeń i wyraźnych odczuć zostawiają coś jeszcze – jakiś ulotny powidok, roztarte między powiekami wrażenie, posmak zapachów, barw, światła. Do takich filmów należy z pewnością „Sokół z masłem orzechowym” – ciepła i pozytywna opowieść, którą można było obejrzeć w ramach kolejnej odsłony Kina Plenerowego przy Białostockim Ośrodku Kultury.

Ci, którzy wybrali się na Kino Plenerowe w ostatni weekend sierpnia, mogli spędzić wieczór w całkiem przyjemnych okolicznościach – w blasku dużego ekranu, pod nocnym niebem, wśród odgłosów lata w samym sercu miasta, którego tego dnia zdawało się zapadać już powoli w jesienne wyciszenie. Nie bez przyczyny sięgam tutaj do bardziej poetyckich określeń. „Sokół z masłem orzechowym” bowiem to historia, która przy całym swoim potencjale komediowym, wydaje się również opowieścią z innego, może odrobinę baśniowego świata. A zarazem też – jest piękną, wizualną pocztówką w konwencji feel-good movie, która w swoich kadrach zawiera wszystkie barwy pełnego, rozświetlonego lata.

Na pozór to prosta historia drogi, rozpisana na dwóch bohaterów. Każdy z nich jest uciekinierem. Zak (Zack Gottsagen), mężczyzna z zespołem Downa, wymyka się z zakładu opieki, Tyler (Shia LaBeouf), drobny złodziejaszek, wymyka się zbirom, z którymi wszedł w zatarg. Zak rusza w podróż, bo ma swoje marzenie – chce stać się gwiazdą amerykańskiego wrestlingu. Tyler rusza w drogę, bo spalił za sobą wszystkie mosty – niemalże dosłownie. Spotykają się przypadkiem i szybko orientują się, że stoją w tym samym miejscu: tam, gdzie ich dotychczasowe życie kończy się definitywnie. Jak to z reguły bywa, pierwsze kilometry przynoszą raczej utarczki i konflikty zapalczywego Tylera z wiecznie pogodnym Zakiem. Ale jakaś wrażliwa struna w sercu porywczego chłopaka wygrywa i między dwoma bohaterami zawiązuje się ciepła więź, prowadząca do najbardziej szalonych, spontanicznych przygód.

Co zatem sprawia, że prosta, operująca całkiem znanymi schematami historia, zapada jednak w pamięć? Po pierwsze, warstwa wizualna. Większość kadrów filmu mogłaby spokojnie zaistnieć jako autonomiczna fotografia, rozpisana w ciepłych, letnio-jesiennych barwach. Akcja filmu nie toczy się w Kalifornii czy w innych, fotogenicznych przestrzeniach – bohaterowie przeprawiają się przez rzekę, wędrują wśród uprawnych pól czy innych prowincjonalnych zakamarków. Kolejne kadry jednak wyciągają z tych scenerii maksimum piękna, naznaczonego pewnym sentymentalizmem i nostalgią. Dużo jest w filmie pejzażowych, statycznych ujęć, które koncentrują się na pięknie przyrody, a niespieszny, statyczny montaż podkreśla to wrażenie zatopienia w naturze. W tak opowiedzianej historii nie mogło również zabraknąć właściwie dobranej muzyki. Ścieżka dźwiękowa wpasowuje się w klimat leniwego, amerykańskiego Południa – pełno w niej sentymentalnych, instrumentalnych utworów, budzących lekkie skojarzenia z country, ale niepozbawionych bardziej nostalgicznych czy bluesowych tonów. Obraz i dźwięk łączą się ze sobą spójnie, pozwalając na to, by widz przez chwilę poczuł tę magię drogi, łączącą głównych bohaterów.

 

Ich relację Shia LaBeouf i Zack Gottsagen pokazują perfekcyjnie. Każdy z ich bohaterów ma swoje, unikalne cechy, każdy jest inny, choć w gruncie rzeczy szukają tego samego. Nie brakuje w filmie momentów, przy których można parsknąć śmiechem, bo prosty i pogodny humor Zaka rozbraja nie tylko Tylera, ale też i widzów. Dakota Johnson, grająca opiekunkę Zaka, która rusza na jego poszukiwanie, dobrze uzupełnia ten duet – jej postać, stonowana Eleanor, w pewnym momencie staje na tym samym rozdrożu, na którym panowie goszczą już od początku filmu. I tak samo jak oni, zostawia wreszcie pewien świat za sobą. A gdzieś w tle tej opowieści o szukaniu siebie, swojej drogi w życiu i budowaniu przyjaźni, jest też miejsce na drugoplanowe kreacje, które również kradną serce. Carl, który towarzyszy Zakowi w zakładzie, niewidomy Jasper czy sklepikarz, który poza rachunkami trzyma pod ladą opasły dzban z domową whisky – te wszystkie postacie mają w sobie swój specyficzny rys, mieszcząc się zgrabnie w całości opowieści.

Ale potencjał tego nie tylko obraz, muzyka czy dobre kreacje aktorskie. Zza pięknych kadrów i ciepłej historii przebija również głos, który jest refleksją na temat obecności osób z zespołem Downa w przestrzeni społecznej – głos stonowany, ale nazywający pewne lęki, kompleksy i problemy otwarcie.  Dzięki kreacji Zacka Gottsagena estetyczna komedia drogi nabiera również nowego znaczenia – bez zbędnego rozdzierania szat czy grania na tanich emocjach zestawia widzów z pewnymi oczywistymi prawdami. Uniwersalne archetypy i kanoniczne motywy opowieści o przyjaźni i szukaniu swojego miejsca w świecie zyskują nowy wydźwięk – ważny tym bardziej, im bardziej problem wykluczenia mniejszości narasta w społeczeństwie.

Podsumowując, „Sokół z masłem orzechowym” to historia, która zdecydowanie działa na wielu płaszczyznach. Odpręża wizualnie, bawi i intryguje, zapewnia zastrzyk pozytywnej energii, a do tego też – chwilę zadumy nad ważnymi kwestiami. To idealne kino na długie, jesienne wieczory – takie, które zostawia barwny powidok gdzieś pod powiekami, ciepłą falę w okolicy serca i kilka refleksji, co zostają w głowie na dłużej.

 

Sylwia Dec – pracuje w agencji reklamowej, po godzinach prowadzi warsztaty i włóczy się po świecie. Miłośniczka kotów, książek i kilometrów w podróży, jedną połowę serca zostawiła w biblioteczce babci, a drugą na szkockich bezdrożach.

Udostępnij:

FacebookTwitter


Scroll Up
Skip to content

Rejestrując się zgadzasz się z naszą Polityką prywatności, a także wyrażasz zgodę na otrzymywanie bezpłatnych biuletynów. W dowolnym momencie możesz zrezygnować z subskrypcji klikając w link na dole każdego biuletynu.