W pierwszym etapie obecnej pandemii podniosły się głosy samozwańczych futurystów i przepowiadaczy przyszłości. Tak szybko chcieliśmy mieć to już za sobą. Jednak nikt, do tej pory, nie zaprojektował nam wizji “po” tak dalece jak Michał Protasiuk w swoich opowiadaniach “Anatomia pęknięcia”. Otrzymaliśmy nie tylko prozę, która nie boi się dotykać sfery technologii, internetu czy sztucznej inteligencji, ale również pokazuje człowieka w samym środku. Michał Protasiuk zadbał nie tylko o podbudowę naukową, ale również prezentuje szerokie tło społeczne. Choćby pod kątem tego, jak w przyszłości wyglądać będzie praca albo klimat. Sądziłem, że będę rozmawiał z pogrążonym w czarnowidztwie pisarzem, a wyszło w miarę optymistycznie. To dobry znak.

Jarosław Szczęsny: Czym karmi się pisarz, który chce przewidzieć przyszłość?

Michał Protasiuk: Przede wszystkim, nie uważam, że moim zadaniem jako pisarza science-fiction jest przewidywanie przyszłości i nie chciałbym, abym ktoś mnie z moich pomysłów rozliczał za kilka lat. Zupełnie nie o to mi chodzi. Istnieje oczywiście mnóstwo narzędzi służących do tworzenia prawdopodobnych wizji przyszłości, że wspomnę na przykład studia Philipa Tetlocka nad „superprognostami” czy też rozwiniętą przez Petera Schwartza metodę planowania scenariuszowego, której jestem osobiście wielkim fanem. Ale nie stosuję żadnego z tych podejść do tworzenia literatury! Dlatego mogę udzielić odpowiedzi na to pytanie w trybie warunkowym: czym bym się karmił, gdybym chciał przewidzieć przyszłość? W tej sytuacji starałbym się nakarmić na pewno zróżnicowanymi punktami widzenia. Innymi słowy, gdybym próbował podejść do tego bardzo na serio, zaprosiłbym ekspertów z różnych dziedzin: politologii, socjologii, ekonomii, kultury, itd. i następnie – stosując którąś z przetestowanych w praktyce metodologii – skłonił ich, aby się dogadali i wypracowali wspólną prognozę. Doświadczenie uczy, że kolektywny punkt widzenia jest zawsze znacznie trafniejszy niż nawet najmądrzejszy ekspert działający w pojedynkę.

Jeśli chodzi o pisarstwo, to zdaje się nie jest twoje główne zajęcie.

MP: Tak, to prawda, od 20 lat zawodowo zajmuję się szeroko rozumianymi badaniami marketingowymi. Innymi słowy, próbuje zrozumieć w jaki sposób ludzie (w znaczeniu konsumentów określonych produktów czy usług) się zachowują, co myślą, jak podejmują decyzje, czy wreszcie jaka jest efektywność różnego rodzaju działań marketingowych do nich skierowanych. Pisanie literatury to w moim przypadku działalność typowo hobbystyczna, na którą znajduję czas zwykle w weekendy. Daje mi to komfort pisania o rzeczach, które po prostu mnie interesują, które uważam za ważne do opowiedzenia, bez przesadnego oglądania się na oczekiwania rynkowe i bez marketingowych kalkulacji: „czy dana tematyka okaże się wystarczająco atrakcyjna dla czytelników”.

“Anatomia pęknięcia”, Michał Protasiuk, Powergraph, 2021

W swoim najnowszym zbiorze opowiadań „Anatomia pęknięcia” zabierasz nas w przyszłość. Jednak otwierające opowiadanie „Fikcja polityczna” napisałeś w 2015 r. Opisujesz w nim odejście pod demokracji jaką znamy dziś. W dużym skrócie dzieje się tak na skutek zbierania danych i metod ich przetwarzania. Technologiczny postęp niszczy demokrację?

MP: Nie da się na to udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Na usta natychmiast nasuwa się banał, że technologia, podobnie jak nóż do krojenia chleba, jest tylko narzędziem, które może być użyte zarówno w dobrym, jak i złym celu. Próbowałem to zresztą pokazać w tekście. Pierwsza scenka rzeczywiście może odsłaniać nieco mroczne oblicze: widzimy świat, gdzie na skutek postępu technologicznego politycy mają pełną wiedzę o swoich wyborcach, przez co mogą skutecznie wpływać na ich opinie. To nic innego, jak ekstrapolacja „demokracji sondażowej”, w której żyjemy już dzisiaj. Poglądy polityków są kształtowane przez opinię publiczną, choć przecież powinno być odwrotnie. Oczywiście na razie nie dysponujemy tak doskonałymi narzędziami do rozpoznawania nastrojów społecznych jak bohaterowie tekstu, ale to zapewne kwestia czasu. Zwracam jednak uwagę na ostatnią scenę tego tekstu, gdzie przesuwamy się w przyszłość oddaloną o jeszcze więcej lat i widzimy świat, w którym dzięki technologii rozkwita demokracja bezpośrednia i przestajemy potrzebować polityków jako swoistych gatekeeperów procesu demokratycznego. Zatem problem nie leży w samej technologii, ale w tym, jak z niej będziemy korzystać.

Następne opowiadanie – „Anatomia pęknięcia” – też dotyka sfery społecznej, w tym również politycznej. Bo oto prezentujesz efekty baniek informacyjnych zasilanych przez algorytmy.

MP: Zagadnienie baniek internetowych zrobiło się ostatnio bardzo głośne, bo działa tutaj dość intuicyjny mechanizm. Z jednej strony wszyscy czujemy, że żyjemy w silnie spolaryzowanym społeczeństwie i coraz trudniej nam nawiązać dialog z drugim „plemieniem” (niezależnie od tego, po której stronie sporu się opowiadamy). Oczywiście dotyczy to nie tylko Polski, ale widoczne jest w wielu innych krajach, czego dobitnym przykładem niech będzie styczniowy szturm na Kapitol. Z drugiej strony zaczynamy dostrzegać, że natura nowych mediów może sprzyjać polaryzacji – sterowany algorytmicznie strumień wiadomości, którego celem jest utrzymanie uwagi, będzie chciał nam pokazywać treści zgodne z naszym światopoglądem, bo wówczas jest większe prawdopodobieństwo, że się zatrzymamy, przeczytamy, klikniemy. Stąd zła prasa „baniek algorytmicznych”. Należy to jednak obudować kilkoma zastrzeżeniami. Nowe badania pokazują, że to wcale nie jest takie proste i osoby, korzystające często z mediów społecznościowych konsumują bardziej zróżnicowane źródła informacji, co jest sprzeczne z intuicją. Należy również pamiętać, że ów bipolarny obraz świata, myślenie w kategoriach „my” vs „oni” to jest coś głęboko zakorzenione w naszej biologicznej przeszłości, tak ewolucja ukształtowała nasze mózgi.

A takie myślenie szczególnie mocno uruchamia się w sytuacjach niepewności i zagrożenia. Dlatego skłaniałbym się raczej ku takiemu wyjaśnieniu: żyjemy w świecie, który jest niesamowicie skomplikowany i zgodnie z diagnozą Zygmunta Baumana, staje się coraz bardziej „płynny”, jesteśmy świadkami upadku autorytetów, tracimy kolejne punkty oparcia. Naszą strategią radzenia sobie z złożonością i szumem informacyjnym jest zatem porządkowanie rzeczywistości poprzez szukanie prostych wyjaśnień, w czym zresztą przodują zwolennicy teorii spiskowych. W efekcie zamykamy się w bańkach, zaczynamy być ślepi na inne punkty widzenia, tracimy zdolność niuansowania i uparcie postrzegamy wszystko w kategoriach czarno-białych. Nowe media na pewno to pośrednio wspierają, ale nie w nich upatrywałbym głównego sprawcę. Podobnie jest zresztą w moim opowiadaniu, gdzie wszystkiemu winny jest wirus umysłu, a nie sposób korzystania z mediów społecznościowych.

Problem poruszany jest ostatnio często w przestrzeni publicznej. Chciałbym się zapytać o twoją koncepcję wyjścia z baniek. Czy są szanse na jakieś porozumienie dwóch stron spolaryzowanego społeczeństwa?

MP: Nie ma na to prostych recept. Jak wspominałem w odpowiedzi na wcześniejsze pytanie, na pewno trochę rzeczy da się zrobić na poziomie regulacyjnym, ale moim zdaniem nie tu jest pies pogrzebany. Aby obniżyć poczucie niepewności i zagrożenia należałoby w pierwszej kolejności przemodelować cały system społeczno-ekonomiczny: obniżyć poziom nierówności ekonomicznych, odbudować silne instytucje, może wprowadzić bezwarunkowy dochód gwarantowany. Ale już za rogiem czai się katastrofa klimatyczna, choć wciąż mam nadzieję, że w porę przyjdzie opamiętanie. No i jeszcze na pewno coś możemy zrobić na poziomie indywidualnym: zadbać o większą higienę cyfrową, rozsądniej korzystać z mediów, trwać w „myślunku” pisma, jakby to powiedział Jacek Dukaj, czytać więcej dobrej literatury.

W tle opowiadań daje się wychwycić rozpad Unii Europejskiej. Uważasz, że to zdarzyć się może?

MP: Historia ma to do siebie, że jest procesem chaotycznym, a zatem drobne wydarzenia mogą prowadzić do kolosalnych konsekwencji, więc zdarzyć się może wszystko. Gdyby dziesięć lat temu ktoś ci powiedział, że w 2021 Wielka Brytania nie będzie członkiem Unii Europejskiej, to byś uwierzył?

Rozpad Unii jest zasygnalizowany tylko w opowiadaniu tytułowym, jako konsekwencja narastającej polaryzacji i wybuchającym na tym tle konfliktów. Ale taki scenariusz całe szczęście nie wydaje mi się bardzo prawdopodobny. Osobiście marzą mi się „Stany Zjednoczone Europy” i jestem wielkim fanem wszelkich ruchów federalizacyjnych, jak ostatnie działania w zakresie wspólnej polityki fiskalnej.

Bohaterowie, dzięki którym poznajemy świat przyszłości, często chwytają się wielu niskopłatnych płac. Można powiedzieć, że to prekariat w wersji turbo.

MP: Tak, to trafne określenie. Możemy też mówić o „gig economy”, ekonomii „fuch” czy uberyzacji gospodarki. Stabilna praca na etacie z osłonami socjalnymi, płatnym urlopem, zwolnieniami lekarskimi, itd. zastąpiona zostaje przymusowym wypchnięciem na jednoosobową działalność gospodarczą, w której chwyta się dorywczych zleceń na odwróconych aukcjach internetowych (oferują pracę temu, kto zaoferuje najniższą stawkę). Niestety, tego typu sytuacje możemy zaobserwować już w części branż i tutaj nie pozostaje nic innego, jak pokładać nadzieję w państwie, że poprzez regulacje rynku pracy ukróci tego typu praktyki.

Jedną z opisywanych przez ciebie czynności jest “uczenie” sztucznej inteligencji usuwania treści niedozwolonych z portalu społecznościowego. Tym samym wynajęci ludzie robią to za małe pieniądze, żeby na końcu zostać zastąpieni przez SI właśnie.

MP: To niewątpliwie obszar, w którym sztuczna inteligencja jest w stanie w znacznej mierze zastąpić ludzi w pracy i to w pracy niezwykle obciążającej psychicznie (co starałem się pokazać w tekście). Innymi słowy, to zadanie wręcz wymarzone dla sztucznej inteligencji. Problem jednak w tym, że skuteczność „odsiewania” nie zawsze jest stuprocentowa, ze względu na wieloznaczność i mnóstwo niuansów w ludzkim sposobie komunikacji, co zawsze pozostawia pole do subiektywnej oceny. Oczywiście można algorytm tak skonstruować, aby był przesadnie zachowawczy i generował wiele wyników fałszywie pozytywnych. No, ale do ostatecznego rozstrzygnięcia tych kontrowersyjnych przypadków znów trzeba będzie posadzić żywego człowieka.

W opowiadaniu “Ciała za mało” okazuje się zresztą, że SI w pojedynkę nie da rady, gdyż nie jest biologicznym tworem. To akurat w miarę optymistyczna teza.

MP: Zgoda, to teza optymistyczna, nawet zbyt optymistyczna, co wytykała mi część recenzentów. W opowiadaniu zastanawiam się, czy jest jakaś ludzka umiejętność, której sztuczna inteligencja nie będzie w stanie zasymulować i proponuję, aby była nim empatia. Niedoskonałość sztucznej inteligencji na tym polu bierze się po prostu z braku ciała. Człowiek nie jest istotną dualną, złożoną z osobnego ciała i umysłu, jak chciał Kartezjusz. Umysł i ciało to jedno i to samo, człowiek nie myśli wyłącznie mózgiem, ale całym ciałem, nasz sposób oglądu rzeczywistości jest w ciele głęboko zakorzeniony, relacja ciała do innych obiektów w rzeczywistości porządkuje ludzkie myślenie.  A zatem sztuczna inteligencja, skoro jest osobliwym „mózgiem bez ciała”, nigdy nie posiądzie wszystkich umiejętności charakterystycznych dla ludzi.

Z kolei w opowiadaniu “Sześć” idziemy na zwarcie. Mam na myśli kreślony przez ciebie scenariusz zbuntowanej SI, która zabija ludzi.

MP: To bardzo ograny schemat w science-fiction, ale czułem potrzebę jego reinterpretacji i napisania tej historii po swojemu. Po pierwsze, rozróżnijmy sztuczną inteligencję i „silną” sztuczną inteligencję. „Zwykła” sztuczna inteligencja to sztuczne sieci neuronowe, algorytmy uczenia maszynowego, o których opowiadałem w poprzednim pytaniu. „Silna” sztuczna inteligencja plasuje się poziom wyżej. Może nawet powinniśmy wówczas mówić bardziej „sztucznej świadomości” – autonomicznej istocie świadomej swojego istnienia, która sama formułuje swoje cele i dąży do ich realizacji. Osobiście jestem sceptyczny, że taki scenariusz kiedykolwiek się ziści i nie obawiam się buntu maszyn w stylu Matrixa czy Terminatora. Napisałem „Sześć” jako eksperyment myślowy.

Zawieśmy na chwilę niewiarę i załóżmy jednak, że narodziła się „silna” sztuczna inteligencja. Czy uda nam się kiedykolwiek nawiązać z nią kontakt, czy też pozostanie bytem niemożliwym do przeniknięcia, podobnie jak Solaris u Lema? A może uda się z nią „porozmawiać” za pomocą matematyki, a konkretnie teorii gier? Zakładam, że od początku we współistnienie dwóch gatunków (człowieka i sztucznej inteligencji) wpisany będzie konflikt, a teoria gier to nic innego jak matematyczny aparat służący właśnie do opisywania sytuacji konfliktowych.

Wszystkie opowiadania przesiąknięte są Internetem. W jednym z nich pada nawet pomysł, żeby zbudować “nowy internet”, bo ten służy tylko korporacjom. Czy uważasz, że to już ten czas?

MP: Oczywiście, trudno pisać o współczesności, nie pisząc o internecie, rewolucji cyfrowej. Świat online jest wszędzie i w coraz większy sposób przenika się z życiem offline. Uważam zresztą, że coraz trudniej mówić o wyraźnych granicach pomiędzy online i offline, żyjemy już na stałe w tych dwóch światach jednocześnie. Moim zdaniem największym problemem są teraz próby „zamykania” internetu, budowania samowystarczalnych ekosystemów, nie połączonych z resztą świata, podejmowana przez państwa autorytarne takie jak Chiny czy Rosja. Tymczasem internet od samego początku był pomyślany jako przestrzeń swobodnej ekspresji i wolności.

W “Przeciw naturze” opisujesz zamknięcie mediów społecznościowych przez problemy z dostępem do prądu. Dość wygórowana cena.

MP: „Przeciw naturze” to świat, w którym zaczęły się ziszczać czarne scenariusze naukowców i katastrofa klimatyczna zaatakowała z pełną mocną. Spowodowało to problemy energetyczne, zatem korzystanie z internetu stało się dobrem luksusowym, a w świecie gdzie każdy kilowat energii jest na wagę złota, państwa uznały media społecznościowe za zbytek. Czasem łatwo nam przychodzi zapomnieć, że świat cyfrowy ma swoje odbicie w rzeczywistości – to są centra danych, serwery, które pochłaniają energię i każdy post z uroczym kotkiem na portalu społecznościowym zostawia ślad węglowy. Truizmem jest, że w imię powstrzymania zmian klimatycznych będziemy musieli zmienić swój tryb życia. Pojawiają się pomysły wprowadzenia np. limitu kilometrów, które każdy będzie mógł wylatać samolotem w ciągu roku. I choć na razie takie rozwiązania spotykają się z liczną krytyką, jestem przekonany, że za jakiś czas staną się oczywistą koniecznością. Być może tego typu ograniczenia zostają również rozciągnie na inne sfery życia, jak sugeruję w „Przeciw naturze”.

Jeśli już jesteśmy przy tym opowiadaniu, to jest ono bardzo ciekawe, gdyż oto w świecie po pandemii COVID-19 zatrzymuje się postęp, a wraz z nim zatrzymuje się nasza historia.

MP: Pytanie o prawa i logikę postępu fascynuje mnie w ogromnym stopniu. Ostatnie dwa stulecia przyzwyczaiły nas myśleć, że progres technologiczny jest czymś oczywistym i praktycznie z roku na rok zmienia nasze życie na lepsze. Czy będzie jednak trwał on w nieskończoność, a jeśli nie – gdzie leżą jego granice? Tutaj głosów jest wiele. Oczywistym przykładem jest empiryczne prawo Moore’a dotyczące rosnących wykładniczo mocy obliczeniowych. Tutaj jednak kres progresu określony jest bardzo wyraźnie i wyznaczają go twarde prawa fizyki, wielkość atomu i prędkość świata. Ale to można zbić argumentem, że już za rogiem czają się komputery kwantowe, w której to dziedzinie postęp w ostatnich latach wydaje się niezwykle spektakularny. Inni twierdzą natomiast, że postęp technologiczny zatrzymał się w latach 70. i od tamtej pory właściwie nie wynaleziono niczego przełomowego na miarę mikroprocesora czy lasera, a jedynie udoskonala się i komercjalizuje dawne wynalazki. Dlatego w „Przeciw naturze” próbowałem pobawić się założeniem, jakby wyglądał świat, gdyby ten postęp faktycznie się zatrzymał, co wtedy stanie się z cywilizacją. Epidemia koronawirusa stanowiła dobry pretekst, punkt startowy tej przełomowej zmiany, choć w tekście prawdziwy powód zatrzymania postępu okazuje się zupełnie inny.

Sporo w głowie namieszało mi opowiadanie “Grzybiarze”. Poruszana wyżej idea “nowego internetu” znajduje tu swoje oparcie w rozległej grzybni w Puszczy Noteckiej. Czy ktoś naprawdę bada wizję alternatywnego internetu w oparciu o biologiczną (analogiczną) strukturę?

MP: O ile mi wiadomo, nie za bardzo. Trwają prace nad komputerami biochemicznymi, które korzystają z reakcji chemicznych do osiągnięcia funkcjonalności obliczeniowej, ale mam na ten temat bardzo bazową wiedzę. W „Grzybiarzach” potraktowałem ten temat dość pretekstowo i jeśli opowiadanie przeczyta ekspert w tej dziedzinie, na pewno złapie się za głowę. Tekst urodził się jako efekt fascynacji mikrobiologią grzybów i „grzybniowym internetem”, jak to określił znany mykolog Paul Stamets. Pomyślałem, czy nie da się tego potraktować bardzo dosłownie. Jednak o wiele bardziej niż inżynieryjne szczegóły budowy takiej organicznej sieci zastanawiały mnie konsekwencje: co ludzie zrobią z tak wielkim darem, czy będą potrafili go wykorzystać? Relacja człowieka z technologią to chyba zresztą temat, który obsesyjnie przewija się przez wszystkie opowiadania ze zbioru.

Kasia – bohaterka „Grzybiarzy” – przesuwa swoje poglądy na skutek obcowania z bardziej radykalnymi osobnikami. To efekt, o którym pisała też Julia Ebner w książce “Coraz ciemniej”. To są właśnie klasyczne przykłady baniek internetowo-towarzyskich. Czy to efekt uboczny Internetu, czy już jego cel?

MP: Jak już wspominałem, byłbym bardzo ostrożny, aby odpowiedzialność za zło radykalizacji i polaryzacji społeczeństwa zrzucać na charakter internetowej komunikacji, uważam, że to znacznie bardziej złożone i niejednoznaczne zjawisko. Zresztą należy docenić wysiłki zmierzające do ukrócenia fake newsów czy mowy nienawiści w sieci, co jednak także bywa krytykowane pod płaszczykiem wprowadzenia cenzury (słynny przykład zbanowania Trumpa). Wracając jednak do tekstu, chciałem zwrócić uwagę, że bohaterka zradykalizowała się nie na skutek funkcjonowania w internetowych „echo chambers”, ale na bazie doświadczeń rozgrywających się w świecie offline: „algorytmicznych” reperkusji po ulicznych zamieszkach w Barcelonie, wreszcie znajomości z jeszcze większym radykałem. Tak jak Ulrike Meinhof zradykalizowała się u boku Andreasa Baadera, choć był to czas sprzed mediów społecznościowych.

Ile z twoich wizji naprawdę ma szansę się ziścić?

MP: Nie mam pojęcia i właściwie nie jest to dla mnie ważne. Nie chciałbym, aby literatura science-fiction była postrzegana i rozliczana przez pryzmat trafności stawianych przez nią prognoz. Zupełnie nie to jest moim celem. Pisząc o przyszłości, ekstrapolując tę przyszłość z dzisiejszych trendów, znacznie bardziej interesuje mnie teraźniejszość, jej wyzwania i problemy. Wierzę, że popkultura może spełniać rolę samozaprzeczającej się przepowiedni. Czarne scenariusze przyszłości mogą uświadamiać zagrożenia, dzięki czemu pojęte zostaną odpowiednie działania i przyszłość będzie inna, sama się sfalsyfikuje. To podobny mechanizm jak straszenie dziurą ozonową w latach 80. Ponieważ w porę zrozumiano skalę problemu i społeczność międzynarodowa wprowadziła odpowiednie regulacje, zagrożenie zostało znacznie zredukowane. Czy zatem mylili się ci, którzy dziurą ozonową straszyli? Nie. A ich straszenie doprowadziło do rozwiązania problemu. Wolałbym postrzegać rolę literatury science-fiction w ten sposób, a nie jako generowanie trafnych wizji przyszłości.

Nie zapominasz w swych opowiadaniach o ludziach. Pomimo zaawansowanej technologicznej otoczki i podbudowy naukowej, tym co nas napędza są emocje, biologia, sfera erotyczna albo zemsta, a nie, jak chciałby bohater jednego z opowiadań, pakiet genów wraz z dodatkiem mutacji, który otrzymujemy na starcie.

MP: Myślę, że bardzo trafnie odczytałeś moje intencje. W mniejszym stopniu interesuje mnie technologia, a przede wszystkim wpływ technologii na człowieka i społeczeństwo. Dobrym przykładem jest tutaj opowiadanie „Fikcja polityczna”, gdzie opisuję różne prawdopodobne ścieżki ewolucji demokracji liberalnej, których celem jest eliminacja patologii obecnych rozwiązań, jednak za każdym razem okazuje się, że owładnięci żądzą władzy politycy znajdą sposób, aby oszukać system. Powiem oczywistość, ale nasze mózgi nie zmieniły się znacząco od czasów zbieracko-łowieckich na sawannie, zaś nasze otoczenie odmieniło się diametralnie. Biologia po prostu nie nadąża za technologią, co zresztą bywa wykorzystywane przez projektantów rozwiązań technologicznych – na przykład wyrzuty dopaminy podczas korzystania z mediów społecznościowych. Nie chcę jednak zabrzmieć jak pesymistyczny konserwatysta, który uważa, że dyktowana biologią „natura ludzka” (czymkolwiek ona jest i jeśli jakakolwiek jest) jest z góry zdeterminowana i wszystkie próby prowadzące do zmian w porządku społecznym są z góry skazane na zagładę, ponieważ stoją w kontrze do owej „natury ludzkiej”. W żadnym bądź razie. Człowiek jest niezwykle plastyczny i gigantyczną rolę w jego kształtowaniu odgrywają zmienne środowiskowe, na które mamy wpływ i powinniśmy je kształtować w dobrym kierunku. Ale oczywiście jako ludzie nie możemy zanegować swojego biologicznego, ewolucyjnego dziedzictwa.

W nawiązaniu do poprzedniego pytania można dojść do wniosku, że biologia stawia wyraźne granice człowiekowi. Rzec można – nieprzekraczalne. I tu powstaje pytanie: czy to dobrze, czy źle?

MP: Wiadomo, że źle. Podzielam transhumanistyczne marzenia o nieśmiertelności, czy to w ciele czy to w cyfrze, ale ich realizacja wydaje mi się mało prawdopodobna. O ograniczeniach digitalizacji i niemożności istnienia umysłu bez ciała opowiadałem już wcześniej. A co z takim podkręceniem biologii, żeby zapewnić, może nie nieśmiertelność, ale przynajmniej 200-300 lat względnie zdrowego życia? Tutaj również pozostaję sceptykiem. Istnieją uniwersalne prawa, bardziej nawet fizyki niż biologii, które tłumaczą dlaczego długość życia człowieka i innych zwierząt mieści się w określonych przedziałach. Upraszczając, średnią długość życia można przedstawić jako stosunek masy ciała do tempa metabolizmu (dlatego większe ssaki zazwyczaj żyją dłużej). Prędko tego nie zmienimy. I choć transhumaniści mówią, że śmierć jest chorobą, mam takie myślenie za życzeniowe. Biologia jest ostateczną granicą i jeszcze długo będzie.

W sumie najbardziej optymistyczny wniosek, jaki płynie z twoich opowiadań jest taki, że świat ciągle trwa. Pomimo SI, gorącego klimatu, kryzysów, pandemii itd. Kogo, jak nie futurystę pytać: jak długo jeszcze?

MP: Oby jak najdłużej! Wbrew pozorom pozostaję ostrożnym optymistą, który dostrzega progres moralny ludzkości  i jest przekonany, że generalnie jako cywilizacja podążamy w niezłym kierunku (pomimo kilku wyraźnych sygnałów ostrzegawczych).

Jarosław Szczęsny – entuzjasta muzyki oraz literatury albo na odwrót. Pisze również na Nowamuzyka.pl.

“Anatomia pęknięcia”, Powergraph, marzec 2021

🟧 Przeczytaj: Ikony polskiej fantastyki
🟧 Przeczytaj: Recenzja książki Moniki Krzemińskiej – “Tajemnica mrocznego jeźdźca”
🟧 Przeczytaj: Michał Gołkowski – Stalker polskiej fantastyki
🟧 Przeczytaj: Przyszłość po rozpadzie – recenzja serialu „Plemiona Europy”

Udostępnij:

FacebookTwitter


2021 © Fundacja ProAnima. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Scroll Up
Skip to content

Rejestrując się zgadzasz się z naszą Polityką prywatności, a także wyrażasz zgodę na otrzymywanie bezpłatnych biuletynów. W dowolnym momencie możesz zrezygnować z subskrypcji klikając w link na dole każdego biuletynu.