Array
(
    [0] => https://proanima.pl/wp-content/uploads/2024/02/midsommar.jpg
    [1] => 640
    [2] => 360
    [3] => 
)
        

Nie od dziś wiadomo, że horror karmi się naruszaniem tego, co fundamentalne. Do jednej z jego „ofiar” z pewnością należy rodzina – ponadczasowy symbol miłości i bezpieczeństwa. Nie sposób choćby policzyć ileż to powstało filmów o nawiedzonych domach. I choć kino grozy czerpie z motywu rodziny w zasadzie od początku swojego istnienia, nie oznacza wcale, że dziś już nie ma nic do zaoferowania. Młodzi twórcy na nowo odkrywają rodzinny horror. Znajdują dla niego ożywcze formy narracji, dopasowane do współczesnej wrażliwości i kulturowych przemian.

Od rodziny nuklearnej do post-rodziny

Za interesujący kontekst dla współczesnego kina grozy mogą posłużyć zachodzące zmiany w sposobie postrzegania rodziny. Wydaje się, że najbardziej charakterystycznym dla ubiegłego stulecia modelem była tzw. rodzina nuklearna – niewielka (na ogół 2+1 lub 2+2), wyizolowana i niezależna komórka, w której za kluczowe elementy uchodziły więzy krwi, hierarchia oraz tradycyjny podział ról płciowych. Termin ten pojawił się jeszcze w latach 50. w USA i szybko stał się synonimem amerykańskiej tradycji i społecznego ładu.

Z biegiem lat zaczęto kwestionować założenia tradycyjnego modelu, zarzucając mu toksyczną idealizację życia rodzinnego, opresyjny charakter i utrwalanie stereotypów płciowych. Poszukiwano alternatywnych, bardziej inkluzywnych i demokratycznych koncepcji rodziny. Nowe modele rozmywały granice pierwotnej definicji i ukierunkowane były na subiektywne pojmowanie (tj. przez samych członków danej wspólnoty) tego jak powinna wyglądać rodzina.

Wizja tej, jak przyjęło się określać – post-rodziny, dobrze wpasowuje się w ogólny klimat światopoglądowy rozwijającej się w 2. połowie XX wieku ponowoczesności. Zygmunt Bauman opisuje ponowoczesny świat w kontrze do uporządkowanej nowoczesności, jako pozbawiony ambicji ładotwórczej, względny, niestabilny i złożony. Pojedynczy człowiek jawi się w nim jako wolny, ale zarazem w tej wolności osamotniony i całkowicie odpowiedzialny za kształtowanie własnej tożsamości.

Rozpad rodziny w „To przychodzi po zmroku”

Współczesne horrory zdają się doskonale obrazować ponowoczesne napięcie pomiędzy dążeniem do indywidualizmu i niezależności, a głęboką potrzebą uczestniczenia we wspólnocie. Film „To przychodzi po zmroku” (reż. Trey Edward Shults, 2017) opowiada o małej rodzinie – mąż Paul, żona Sarah i 17-letni syn Travis – która zabarykadowana w domku pośrodku lasu, stara się za wszelką cenę uchronić przed tajemniczym wirusem. I choć film niewątpliwie czerpie z konwencji post-apokaliptycznego horroru, reżysera bardziej niż wyjaśnianie zewnętrznej sytuacji związanej z szalejącą epidemią, interesują złożone relacje wewnątrzrodzinne.

Shults konstruuje rodzinę zgodnie z tradycyjnym wzorcem, zarazem sygnalizując jego niewystarczalność. Na pierwszy plan wysuwa się konflikt pomiędzy apodyktycznym, choć kochającym ojcem a wycofanym, wrażliwym synem. Paul, biernie wspierany przez Sarah, podejmuje radykalne kroki w celu ochrony rodziny, na co nie godzi się Travis. W toku akcji reżyser komplikuje ponadto sytuację, poprzez wprowadzenie drugiej rodziny – małżeństwa z dzieckiem, którzy na drodze obustronnego układu, decydują się zamieszkać w domku. Uosabiają oni rodzinne ciepło, na którego brak cierpi Travis. Nastolatek dostrzega w mężczyźnie materiał na lepszego ojca. Z jednej strony poszukuje upragnionej bliskości, a zarazem ma świadomość, że obiekt jego zainteresowania jest mu tak naprawdę obcy i może stanowić zagrożenie dla jego biologicznych rodziców.

W istocie reżyser snuje opowieść o ludziach, którzy w obliczu zagrożenia gotowi są zrobić wszystko aby ocalić członków rodziny, nawet za cenę zniszczenia relacji z nimi i poświęcenia własnej moralności. Tytułowe „to” odnosi się zarówno do enigmatycznego wirusa, który czai się na zewnątrz, jak i do wewnętrznego mroku, który rozdziera zdesperowanych bohaterów. W tym ujęciu figura syna funkcjonuje jako przeciwwaga dla ojca; dystansuje się i podaje w wątpliwość sens tak bezwzględnych działań.

Poszukiwania nowej rodziny w „Midsommar: W biały dzień” i „Servant”

Twórcy „Midsommar: W biały dzień” (reż. Ari Aster, 2019) i „Servant” (2019-2022) zabierają widza z kolei w symboliczną podróż w poszukiwaniu rodziny. Dani, mieszkająca w USA bohaterka filmu Astera, wpada w depresję, po tym jak traci najbliższą rodzinę. Podczas gdy zrozpaczona szuka ukojenia w rękach swojego chłopaka Christiana, ten dystansuje się do niej, nie potrafiąc udźwignąć emocjonalnego ciężaru.

Właściwa akcja rozpoczyna się w chwili, gdy para wraz z przyjaciółmi, wyruszają na wycieczkę do Hargi, odległej szwedzkiej wioski. Jej mieszkańcy realizują koncept radykalnej empatii, zgodnie z którym absolutnie wszystko – praca, jedzenie, seks a nawet stany emocjonalne – doświadczane jest wspólnie. Niejako funkcjonują w kontrze do zindywidualizowanej zachodniej cywilizacji. Ich skrajne prorodzinne podejście zderzone zostaje z emocjonalnym chłodem, reprezentowanym przez przyjezdnych. Dani coraz bardziej zbliża się do nich, traktując to jak lekarstwo na łaknącą bliskości duszę. Zarazem jednak nie potrafi lub nie chce dostrzec amoralnych i zagrażających życiu turystów zawoalowanych intencji nieznanej społeczności.

Tymczasem Leanne, bohaterka „Servant” (2019-2022) od podobnej społeczności pragnie się uwolnić. Podobnie jak Dani traci biologicznych rodziców, ale przez wzgląd na jej nadprzyrodzone moce, polegające na umiejętności wskrzeszania zmarłych, zostaje przygarnięta przez tajemniczą sektę. Mimo sprzeciwu najwyższych przedstawicieli organizacji, dziewczyna decyduje się ożywić, zmarłe w nieszczęśliwym wypadku, dziecko swojej idolki z dzieciństwa, reporterki telewizyjnej Dorothy. W tym celu wprowadza się do jej domu w roli opiekunki i zaczyna stopniowo zagarniać rodzinną przestrzeń, dając w zamian szczęście w postaci dziecka, tak niezbędne straumatyzowanym rodzicom. Ten budzący wątpliwości układ, mimowolnie destabilizowany przez napięcie pomiędzy poczuciem przywiązania i obcości, staje się jednym z kluczowych tematów składającego się z czterech sezonów serialu.

Twórcy „Midsommar…” i „Servant” świadomie unikają jednoznacznej oceny prezentowanych historii. W postępowaniu bohaterek oraz w samych „rodzinach zastępczych” możemy dostrzec zarówno pozytywny, jak i negatywny pierwiastek. Problematyczny wydaje się być też sam status obiektu pożądania – czy ostatecznie jest to tylko wyśniony mit rodzinnego ideału, w pewnym sensie orędujący maksymie „wszędzie dobrze, tam gdzie nas nie ma”, czy też realna i możliwa do urzeczywistnienia alternatywa?

Przywołane tytuły, to zaledwie kropla w morzu. Rodzina to bez wątpienia jeden z najchętniej eksplorowanych motywów przez współczesny horror. Twórcy straszą nas nie tylko samą destrukcją tego co społecznie usankcjonowane, ale podejmują także filozoficzną dyskusję na temat miejsca człowieka w świecie. W ich ujęciu właściwa groza rozprzestrzenia się po całym filmowym świecie, staje się coraz trudniejsza do uchwycenia, a co za tym idzie – również do usunięcia lub choćby oswojenia.

Artykuł: Paweł Kaczor

Zdjęcia i zapowiedzi: A24, AppleTV, U-Jazdowski, Multikino

Artykuł został napisany w ramach Akademii Dziennikarstwa Obywatelskiego w Kulturze

Check out our other articles in english i українська!

Przeczytaj również: 25 LAT BESTSELLERÓW EMPIKU. STATUETKI ZA ROK 2023 PRZYZNANE
Przeczytaj również: Fantastyczne ferie w Zamościu Relacja z XIII Zamojskich Ferii z Fantastyką
Przeczytaj również: “Gruby” – recenzja książki. Chuda opowieść o grubych problemach
Przeczytaj również: Randka Undergroundowa: Nowe spojrzenie na przestrzeń kulturalną Białegostoku
Przeczytaj również: Nowe oblicze slashera – gatunkowa dekonstrukcja i społeczne zaangażowanie
Przeczytaj również: Kos – recenzja. To nie jest film o Kościuszce

Udostępnij:


2025 © Fundacja ProAnima. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Skip to content