Artykuły, Muzyka, Opinie

50-lecie „Sticky Fingers” zespołu The Rolling Stones

Autor: Jarosław Szczęsny | Data dodania: 23.04.2021
The Rolling Stones

Ten początek znają wszyscy. A przynajmniej znać powinni, bo jednak obciachem byłoby nie kojarzyć tego riffu. Dziś to już kanon, ale 23 kwietnia 1971 roku „Brown Sugar”, otwierający dziewiąty brytyjski album zespołu The Rolling Stones pod tytułem „Sticky Fingers”, był czymś zniewalającym i jednocześnie orzeźwiającym. Gdyby tego było mało, to jeszcze zawadiacka bezczelność grupy doprowadziła do opublikowania ikonicznej (już w chwili pojawienia się) okładki. „Sticky Fingers” obchodzi w tym roku 50-lecie.

The Rolling Stones
The Rolling Stones w składzie nagrywającym „Sticky Fingers”. Od lewej: Charlie Watts, Mick Taylor, Bill Wyman, Keith Richards i Mick Jagger. Źródło: Wikipedia / Magazyn „Billboard”.  

Kroczem w twarz

Najpierw określmy położenie zespołu. Świetni w singlach, ale w pełnowymiarowych albumach już niekoniecznie. Wszystko zmieniło się 5 grudnia 1969 roku. Wtedy pojawił się krążek „Let It Bleed”, który jest jednym z kamieni milowych dla zespołu z utworami „Gimme Shelter” i „You Can’t Always Get What You Want” na pokładzie. To o tyle ważne, że niektóre utwory ze „Sticky Fingers” powstały w tym samym czasie. Formalnie sesje nagraniowe do płyty zaczęły się w marcu 1970 roku. To okres świetności w historii grupy. Można mówić nawet o apogeum i nie ma w tym cienia przesady, gdyż w już w połowie roku 1972 Stonesi wydali swój opus magnum, czyli „Exile on Main St.”.

„Sticky Fingers” jest pokazem możliwości grupy, a także stawianiem co bardziej konserwatywnych obywateli pod ścianą. Okładka przedstawia zdjęcie krocza w zbliżeniu. Autorami są Andy Warhol i Billy Name. Wyraźna wypukłość w nogawce oraz wszyty w okładkę (w wydaniu winylowym) działający zamek błyskawiczny i pasek w połączeniu z tytułem (lepkie paluchy – w wolnym tłumaczeniu) były wszystkim tym, po co zespół Rolling Stones zaistniał i istnieje po dziś dzień na świecie. Fani zaczęli snuć domysły, że zdjęcie przedstawia Micka Jaggera, ale Warhol je zdementował jednocześnie nie podając do kogo należało przejście do historii okładek płyt muzycznych.

Po okładce nastąpić musiało zapoznanie się z utworem numer jeden, a tam: „Brown sugar / How come you taste so good? / Brown sugar / Just like a young girl should”. Dziś pewnie czekałaby ich za to internetowa chłosta. Tekst aż kipi od seksu, ale jest tam również przemoc i gwałt, niewolnictwo i narkotyki. Wszystko podlane soczystym groovem. W 2009 roku Mick Jagger stwierdził, że sam nie wie o czym śpiewa w piosence i pewnie nie napisałby jej ponownie, samemu się cenzorując. Ale ją napisał i gra do dziś, czemu nie ma się co dziwić, bo trudno znaleźć coś równie chwytliwego i oddającego ducha epoki. Na dobre i na złe.

Rolling Stones a sprawa polska

Zapewne to skutek autobiograficznej książki „Życie”, ale dziś słuchając Stonesów bardziej interesuje mnie Keith Richards. W przypadku „Sticky Fingers” rozdźwięku między oboma panami nie ma, a Keith ma dla siebie sporo miejsca. Choćby w końcowej części utworu „Sway”, gdzie partnerują mu orkiestrowe aranżacje i klawisze. I choć nie uważam tego albumu za najlepszy w ich dorobku, to jednak jego siła tkwi w różnorodności stylistycznej, do której Richards bardzo się przyłożył.

Zatrzymajmy się dłużej przy jednym kawałku. Chodzi o „Wild Horses”, który postrzegam jako utwór harcerski i banalny. Tak bardzo mi nie pasuje do twórczości zespołu, że aż chciałem umieścić go w zestawieniu „Topu Wszech Czasów Trójki”, co dałoby możliwość wyzłośliwiania się na gust rodzimej publiczności. Szybkie sprawdzenie obecności grupy Rolling Stones w tym szkodliwym tworze okazała się jeszcze bardziej dokuczliwa, gdyż spośród bogatego katalogu Brytyjczyków polska publiczność postawiła na „Satisfaction” i (o, zgrozo!) „Angie”. To pozostawię bez komentarza, a w przypadku „Wild Horses” zachowam się jak Charlie Watts w końcówce poniższego klipu.

Co najciekawsze, jak już wybrzmią ostatnie echa gitary akustycznej, na scenę wjeżdża utwór-zjawisko. Pełnokrwisty, bluesowy, zaczepny „Can’t You Hear Me Knocking”. Za chwilę do niego wrócę. Uwielbienie dla bluesa nigdy nie przeszło Stonesom. Na płycie reprezentują go choćby cover „You Gotta Move” (oryginał należy do Freda McDowella i Gary’ego Davisa). Miłość do tego nurtu została wyrażona wprost w utworze „I Got the Blues”, a także w „Bitch”. W obu przypadkach szczególną uwagę zwracają aranżacje. W pierwszym wyróżnia się Billy Preston na organach Hammonda, a w drugim swoje partie mają Bobby Keys na saksofonie i Jim Price na trąbce.

Ten drugi Mick

Po ostatnim koncercie grupy w Polsce w 2018 roku moja małżonka rzuciła się w wir wszystkiego, co dotyczy zespołu. Miałem przy okazji sposobność słuchania tego zespołu na okrągło, ale ja nie o tym. Otóż w swej dociekliwości zwróciła mi uwagę na rolę tego drugiego Micka. Chodzi o Micka Taylora, który dołączył do zespołu po śmierci Briana Jonesa. Jego wkład w najbardziej wartościowy okres grupy zdaje się być przemilczany. W swojej autobiografii Keith Richards mówi o „Can’t You Hear Me Knocking” jakoby wyszło spontanicznie. Jego kołyszący riff i perkusja Charlie’go miały zrobić całość, ale tak nie było do końca.

W 4 minucie i 40 sekundzie trwania utworu gitarą prowadzącą staje się właśnie Taylor. Jego wersja powstania przedstawia się nieco inaczej. Otóż wszyscy w studio kończyli już nagrywanie, a on miał ochotę po prostu grać dalej. Taśma wciąż rejestrowała dźwięk, więc gitarzysta rozciągał utwór dalej. Reszta dość szybko się zorientowała i dołączyła do gitarzysty. To jemu zawdzięczamy spektakularny finał utworu i kto wie co jeszcze. Znany jest fakt, że w trakcie sesji do „Exile” Richards nie należał do najbardziej przytomnych muzyków, więc ktoś to wszystko spiąć musiał. Niestety to już tylko domysły, bo Taylorowi podziękowano za udział w zespole w 1974 roku, a tantiemy zgarnia do dziś spółka Jagger-Richards.

Dzięki Marianne

Na dziś mogę zadeklarować, że moimi ulubionymi utworami Stonesów są „Sympathy for the Devil” i „Sister Morphine”. W obu kluczową rolę odegrała Marianne Faithfull. W przypadku „Sympathy” podsunęła Jaggerowi do przeczytania książkę „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa. Natomiast „Sister Morphine” po prostu napisała. Wydała go zresztą na singlu w 1969 roku. W nagraniu wzięli udział m.in. Mick Jagger (jej chłopak) oraz Charlie Watts. Na albumie Stonesów już wzmianki o niej nie było, a piosenkę podpisali Jagger-Richards. Dopiero po sądowym wyroku nazwisko Faithfull znalazło swoje miejsce. Jako współautorka widnieć zaczęła od reedycji płyty z 1994 roku. Zaskakująco niedżentelmeńskie zachowanie Sir Michaela Philipa „Micka” Jaggera.

Siłą utworu w wersji Stonesów jest całkowity brak blasku. Cała świecąca otoczka została schowana do kieszeni. Muzyka również jest bardzo powściągliwa, a rzecz dotyczy śmierci. Spotykamy rannego mężczyznę na szpitalnym łóżku, który w obliczu nieuniknionego przyznaje się do słabości. Jedyne pocieszenie przynoszą mu „siostra morfina” oraz „kuzynka kokaina”. To jeden z tych momentów kiedy Stonesi Stonesami nie są i wypadają przy tym niezwykle szczerze, lirycznie i prawdziwie. A może siła tego utworu tkwi właśnie w tym, że jest to rzadki przypadek w dziejach zespołu? Diabli wiedzą.

Mieszanka egzotyki, narkotycznego odurzenia i intymności

Za grosz przecież nie można im ufać. Wyskakujący w następnej kolejności „Dead Flowers” jest tego najlepszym dowodem. Utrzymana w tonacji country piosenka o zażywaniu heroiny ukazuje zespół w kostiumie uszytym z czarnego humoru. Nic nie tracą na tym zabiegu. Na koniec płyty wracamy do ballady. I znów pojawia się Mick Taylor, który przerobił temat Richardsa i wyprowadził go do roli jednej z najbardziej niedocenionych ballad zespołu („Moonlight Mile”). Taylor posadził trębacza zespołu przy pianinie i przekonał resztę grupy do dodania aranżacji smyczkowych. Posłuchajcie jak ten utwór ewoluuje i co dzieje się pod sam koniec. W jakiś sposób zmusiło to również Micka Jaggera do opuszczenia swego scenicznego wizerunku. Klimat życia w drodze i narkotyków jest obecny w tekście, ale pojawia się również wyobcowanie.

I cóż począć z tą dziwną mieszanką brudnego grania, egzotyki, narkotycznego odurzenia i intymnej atmosfery? „Sticky Fingers” należy do ery płyt zwodniczych, gdzie artyści nie bali się eksperymentować, poruszać się zgodnie z intuicją, a nie dbać o wizerunek. To są właśnie Stonesi, których albo się kocha albo nienawidzi. Sowizdrzalstwo wpisane w ich muzykę objawia się za każdym razem, gdy chcemy ich obłaskawić komplementami albo zganić z poziomu wyższości moralnej. Ich moc wyślizgiwania się prowadzić może do rozmyślań o rzekomym pakcie, jaki zawarli z Lucyferem. Bliżej rzeczywistości byłoby pewnie nazwanie ich jedynymi w rodzaju. Nigdy nie było i nigdy nie będzie drugiego takiego zespołu.

Jarosław Szczęsny – entuzjasta muzyki oraz literatury albo na odwrót. Pisze również na Nowamuzyka.pl.

🟧 Przeczytaj: Wstaję rano, myję zęby i siadam do pisania – rozmowa z Filipem Zawadą
🟧 Przeczytaj: Nie mamy się do czego śpieszyć – wywiad z zespołem Oxford Drama
🟧 Przeczytaj: Lana Del Rey – Chemtrails Over the Country Club

Udostępnij:

FacebookTwitter


Scroll Up
Skip to content

Rejestrując się zgadzasz się z naszą Polityką prywatności, a także wyrażasz zgodę na otrzymywanie bezpłatnych biuletynów. W dowolnym momencie możesz zrezygnować z subskrypcji klikając w link na dole każdego biuletynu.