„W lesie dziś nie zaśnie nikt” było jedną z pierwszych polskich premier, których sposób dystrybucji kazała zrewidować pandemia koronawirusa. Slasher Bartosza M. Kowalskiego trafił na Netflix i zdobył dość pokaźną grupę fanów. Prawie dwa lata później otrzymaliśmy jego sequel. Czy udało się powtórzyć sukces pierwszego filmu?
Historia horroru w Polsce nie jest zbyt bogata. W latach osiemdziesiątych gatunkiem tym zachłysnął się Marek Piestrak, czego efektem było powstanie takich produkcji jak „Wilczyca” (1983), „Powrót wilczycy” (1990), „Klątwa Doliny Węży” (1988) czy „Łza księcia ciemności” (1993). Nie zachwycały one może swoimi scenariuszami (szczególnie warstwą dialogową) czy dość syntetyczną oprawą audiowizualną, ale stały się symbolami swojej epoki i dziś dumnie noszą miano filmów po prostu kultowych. Poza nimi w końcu niewiele w tej przestrzeni kina się u nas działo. Właśnie w taką rzeczywistość w marcu 2020 roku Bartosz M. Kowalski, znany wcześniej z kontrowersyjnego i szokującego „Placu zabaw”, wkroczył ze swoim „W lesie dziś nie zaśnie nikt”. Premiera filmu, zaplanowana na piątek trzynastego, musiała zostać odwołana ze względu na zamknięcie kin z powodu rosnącej liczby zakażeń koronawirusem w kraju. Do akcji wkroczył wtedy Netflix, który postanowił kupić prawa do dystrybucji i wypuścić slasher na platformę.
„W lesie dziś nie zaśnie nikt” zostało docenione przede wszystkim za samą próbę zionięcia w polskie kino ducha gatunkowości, przełożenie dobrze znanych tropów na lokalny grunt i wyczuwalne zamiłowanie Kowalskiego do horrorów. Ci bardziej sceptyczni zarzucali mu za to pójście po linii najmniejszego oporu, przewidywalne rozwiązania fabularne i niekoniecznie najciekawsze postacie. Dla mnie film ten był udaną realizacją pewnej wielokrotnie wykorzystywanej konstrukcji – niezbyt wyjątkową i odkrywczą, ale pełną miłości do kina i zaskakująco dobrych występów aktorskich, których po tej obsadzie się nie spodziewałam. Historia nastolatków uzależnionych od technologii, wysłanych przez swoich rodziców na obóz offline brzmi niepoważnie i dokładnie tak wypada na ekranie. Zakończenie zostawiło otwartą furtkę, pozostawiając przy życiu jedynie swoją final girl – Zosię graną przez Julię Wieniawę. Druga część, której akcja dzieje się właściwie dzień po wydarzeniach z poprzedniego filmu, zaczyna się jednak nie od niej, a od Mateusza Więcławka, wcielającego się tu w Adasia, młodego policjanta nieszczęśliwie zakochanego w swojej współpracowniczce Wanessie (Zofia Wichłacz).
Zwykły dzień w pracy zamienia się w koszmar, kiedy na komendę przywiezieni zostają zdeformowani bliźniacy i właśnie Zosia, która zeznaje, że nie ma się do kogo zwrócić, ponieważ – i tu następuje mrugnięcie okiem do fanów innego filmu z tą aktorką również spod szyldu Netflixa – wszyscy jej przyjaciele nie żyją. Policjanci wybierają się więc z nią na miejsce zbrodni, gdzie wskutek nieszczęśliwych wydarzeń dziewczyna również zmienia się w mutantkę. Grupa nieporadnych funkcjonariuszy musi sobie poradzić w sytuacji, w której jedyna osoba znająca teren i sytuację staje się tym samym, czym bliźniacy – mordercy jej znajomych z obozu. Od tej pory obserwujemy ich tragikomiczne zmagania z nieznanym im Złem. Problem w tym, że dość szybko przestają nas one obchodzić.
W lesie dziś nie zaśnie nikt, bo wszyscy będą spać przed telewizorami
Druga część zeszłorocznego slashera to film nieudany. Pełny co prawda niedorzecznych i niesamowicie intrygujących pomysłów, ale zanurzonych w morzu rozwodnionej fabuły po brzegi wypełnionej niepotrzebnymi bohaterami, z których żaden nie spełnia swojej roli jako stereotyp i trop. Ani Adaś, ani Wanessa, będący protagonistami tej produkcji, nie powodują fascynacji i współodczuwania pozwalającego podążać za nimi z zaciekawieniem od pierwszej do ostatniej sceny. Kiedy któreś z nich znika z ekranu, łatwo zapomnieć, że w ogóle kiedyś się na nim pojawiło. Nie brakuje w filmie jednak pasji Kowalskiego do gatunku, szczególnie w jego trashowej odmianie, widocznej na pierwszy rzut oka i uwypuklonej tu na dodatek przez nawiązania do kultowego „Maniakalnego gliny” (1988), którego duch unosi się bez przerwy, czy to w postaci plakatu w pokoju Adasia, czy nawet w samym koncepcie.
„W lesie dziś nie zaśnie nikt 2” udaje się utrzymać równocześnie przerażający i kuriozalny ton pierwszego filmu, a nawet podkręcić poziom absurdu. Problem w tym, że w przeciwieństwie do tamtej produkcji – tu jest po prostu nudno. Tytuł sugeruje, że spać nie będzie nikt, kiedy tak naprawdę trudno nie przysnąć, śledząc tę nudnawą opowieść z mało charyzmatycznymi bohaterami, którzy prowadzą nas dopiero do faktycznie szalonej końcówki. Warto w tym miejscu podkreślić, że winą o to, jak prezentują się główni bohaterowie obarczyłabym raczej scenarzystę niż aktorki i aktora. Rola Julii Wieniawy różni się dość mocno od tego, co widzieliśmy w pierwszym filmie, ale sprawdza się ona w tym równie świetnie, potwierdzając znów tym samym, że ci, którzy wątpili w jej talent, byli raczej uprzedzeni niż faktycznie zapoznani z możliwościami dziewczyny. Błyszczy Mateusz Więcławek jako nieporadny i strachliwy policjant. Czekam na więcej jego występów komediowych, gdyż widać tutaj dużo niewykorzystanego potencjału. Najtrudniejsze zadanie przypada jednak i tak Zofii Wichłacz, która stara się, jak tylko potrafi, ale scenariusz nie przygotowuje jej na rolę, którą musi w pewnej części filmu przejąć, przez co jej potyczki ogląda się z obojętnością.
„W lesie dziś nie zaśnie nikt 2” to film zmarnowanych szans. Z jednej strony czuć, że twórcy puściły hamulce i pozwolił sobie na znacznie więcej szaleństwa niż przy pierwszej części – a to się chwali. Brudny body horror z elementami czarnego humoru to kierunek, w którym Kowalski powinien bez wątpienia kroczyć, dopracowując jednak przy tym pewne elementy. W końcu postacie, będące już w pierwszym filmie jednym z jego mankamentów, tutaj po wymianie składu wypadają jeszcze gorzej. Tym bardziej, że nie mamy nawet, tak jak to było przy tamtej produkcji, żadnego bohatera kradnącego show (w pierwszej części wielokrotnie wskazywano na taką rolę Julka granego przez Michała Lupę i opiekuna obozu – w jego rolę wcielił się Wojciech Mecwaldowski). I nawet Sebastian Stankiewicz, którego możliwości w tej materii są niebotyczne, co udowodnił w „Panu T.” (2019) czy również w tegorocznym „Hiacyncie”, nie ma szans się tu rozwinąć. Druga część „W lesie dziś nie zaśnie nikt” nudzi i usypia, a na właściwe tory wkracza zbyt późno, żeby kogokolwiek obchodziły jeszcze losy jej postaci.
Recenzja: Julia Palmowska – żyje kinem, muzyką i literaturą – w wolnych chwilach pisze o nich w sieci jako Palma kulturalna i mówi w podcaście Inna Kultura. Wielbicielka filozofii, nauk społecznych i każdej Nowej Fali, z którą się zapoznała.
Przeczytaj: Squid game – recenzja koreańskiego fenomenu Netflixa
Przeczytaj: “Dziadek w piekle wszystko widzi” – recenzja filmu “Wesele” (2021)
Przeczytaj: Szaleństwo staje się łaską – recenzja filmu „Joker”
Znajdź ciekawe wydarzenia kulturalne w naszej >>> wyszukiwarce imprez <<<