Array
(
    [0] => https://proanima.pl/wp-content/uploads/2024/10/7697420_2.3.jpg
    [1] => 399
    [2] => 547
    [3] => 
)
        

„Marzenia i koszmary: Według opowiadań Stephena Kinga” (tytuł oryginalny „Nightmares & Dreamscapes: From the Stories of Stephen King”) to ośmioodcinkowa antologia spod znaku grozy, oparta na kanwie znanych opowiadań niekwestionowanego Króla Horroru – Stephena Kinga. Czy wart jest obejrzenia? O tym później, a tymczasem zapraszam na małą wycieczkę do krainy marzeń i koszmarów.

Fanem szeroko pojętej grozy – szczególnie w wydaniu amerykańskim – jestem już od bardzo dawna. Nie powiem, że od dziecka, ale co najmniej od wczesnego ogólniaka. To wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością – nomen omen – Króla Horroru. Pierwszym przeczytanym przeze mnie dziełem Kinga był „Buick 8”. Pomysł samochodu będącego portalem do innego, niekoniecznie przyjaznego człowiekowi wymiaru siadł i z chęcią sięgnąłem po kolejne książki autora. Jak się później miało okazać – jednego z moich najbardziej ulubionych. Gdy w moje ręce wpadł zbiór opowiadań „Marzenia i koszmary”, szybko przekonałem się, że Stephen King jest także mistrzem krótkich form literackich. Ale dobrze, macie rację – nie o książce przecież mowa w tej recenzji, a o serialu (a właściwie dość luźnej antologii) częściowo na niej opartym.

„Marzenia i koszmary: Według opowiadań Stephena Kinga” to zbiór ośmiu historii, z których aż pięć („Crouch End”, „Ostatnia sprawa Umneya”, „Koniec całego bałaganu”, „Piąta ćwiartka” i „Mają tu kapelę jak wszyscy diabli”) pochodzi ze wspomnianego zbioru „Marzenia i koszmary”. Dwie opowieści („Drogowy wirus zmierza na północ” i „Pokój autopsyjny nr 4”) zostały zaczerpnięte ze zbioru „Wszystko jest względne. 14 mrocznych opowieści”, zaś jedna („Pole bitwy”) z kultowego już zbioru „Nocna zmiana”. Choć serial to produkcja amerykańska, zdjęcia kręcono w plenerach Melbourne. Nawiasem mówiąc, australijska metropolia doskonale oddaje klimat zarówno amerykańskich miast, jak i londyńskich zaułków. Czy serial mi się spodobał? Szczerze powiedziawszy, to tak częściowo.

Z ośmiu „odcinków-nieodcinków” tak naprawdę i bez zastrzeżeń spodobało mi się pięć. Mowa tu o „Polu bitwy”, „Crouch End”, „Ostatniej sprawie Umneya”, „Drogowy wirus zmierza na północ” i „Mają tu kapelę jak wszyscy diabli”.

„Pole bitwy” („Battleground”) to dość kreatywna historyjka z motywem zemsty. Po kolejnej udanej misji i odstrzeleniu właściciela fabryki zabawek Hansa Morrisa (Bruce Spence) płatny zabójca Jason Renshaw (w tej roli nieodżałowany William Hurt) wraca do swojego wypasionego apartamentu gdzieś w San Francisco. Tam otrzymuje paczkę, pełną zabawkowych żołnierzyków, będących „podarunkiem” od matki jego najnowszej ofiary. Nie byle jakich jednak, gdyż wkrótce przekonuje się, co znaczy „zemsta”… Zgrabna i ciekawie przedstawiona historia. Przyznam szczerze, że nie przeszkadzał mi brak dialogów, gdyż na ekranie działo się naprawdę wiele.

„Crouch End” opowiada historię amerykańskiego małżeństwa Doris (Claire Forlani) i Lonniego (Eion Bailey) Frehmanów, spędzającego miesiąc miodowy w Londynie. Przyjmując zaproszenie lokalnego znajomego trafiają do miejsca, do którego nie powinni byli trafić. To tam, w tytułowym Crouch End przenikają się wymiary i dzieją się rzeczy, o jakich nie chcecie wiedzieć… Chcecie? Świetnie. Szczególnie jeśli jesteście fanami Howarda Phillipsa Lovecrafta. Nie mam zastrzeżeń co do tego odcinka, wszystko było tak, jak wyobrażałem sobie podczas lektury tego świetnego opowiadania. No i ten londyński klimacik…

„Ostatnia sprawa Umneya” („Umney’s Last Case”) to historia jakby żywcem przeniesiona z kart powieści i opowiadań Raymonda Chandlera. Los Angeles, późne lata trzydzieste. To tu swoje biuro prowadzi detektyw Clyde Umney (William H. Macy). Taki trochę Philip Marlowe w wydaniu kingowskim. Pewnego dnia w jego – zdaje się – uporządkowanym świecie pojawia się tajemniczy nieznajomy z przyszłości (w tej roli również William H. Macy). Jaki los przyniesie głównemu bohaterowi? I czy Umney w istocie jest głównym bohaterem tej historii? Wspaniała to historia, zwłaszcza dla kogoś, kto – tak jak ja – uwielbia klimaty „starej” Ameryki, szczególnie spod znaku nurtu noir. Melbourne jako Miasto Aniołów z epoki wypadło wręcz znakomicie.

„Drogowy wirus zmierza na północ” („The Road Virus Heads North”) to świetny motyw zmieniającego się malowidła. Wracający ze spotkania autorskiego pisarz horrorów Richard Kinnell (wyśmienity Tom Berenger) kupuje w garażowej wyprzedaży pewien niezwykły, dość upiorny obraz, stworzony przez młodego artystę tuż przed samobójstwem. Przedstawia on upiornego młodego mężczyznę o niezwykle ostrych, spiłowanych zębach, podążającego Pontiakiem Firebird przez bostoński most Tobin Bridge. Wkrótce obraz zaczyna się zmieniać, a uwieczniona na nim postać zdaje się podążać w ślad za głównym bohaterem… Chylę czoła przed autorem namalowanego na potrzeby tego odcinka obrazu. Malowidło było dokładnie takie, jakim je sobie wyobraziłem podczas lektury tej perełki.

Ostatni mój faworyt to nietuzinkowa opowieść pod jakże dźwięcznym tytułem „Mają tu kapelę jak wszyscy diabli” („You Know They Got a Hell of a Band”). Znów mamy młode małżeństwo, które trafia gdzieś, gdzie trafić nie powinno. Mary (Kim Delaney) i Clark (Steven Weber) Willinghamowie gubią się w leśnych ostępach Oregonu i trafiają do niezwykłego miasteczka Niebo Rock and Rolla (Rock and Roll Heaven). Tam zostają przywitani przez dawno zmarłe gwiazdy amerykańskiej muzyki… właśnie… dawno zmarłe… Pomysł z motywem dziwacznego, na pozór sielskiego miasteczka zamieszkałego przez (nieżyjących przecież) artystów oceniam na plus. Opowiadanie to czytałem z wypiekami na twarzy, zaś jego ekranizację oglądałem z niekłamaną przyjemnością.

No to przejdźmy do minusów. Zostały nam trzy odcinki, z którymi raczej się nie polubiłem. Te biedactwa to „Koniec całego bałaganu”, „Piąta ćwiartka” i „Pokój autopsyjny nr 4”. W sumie serialowa antologia mogłaby spokojnie pominąć te trzy historie i byłoby wtedy znacznie lepiej. Ale to tylko moja opinia.

„Koniec całego bałaganu” („The End of the Whole Mess”) opowiada o dwóch utalentowanych braciach Fornoy – Howardzie (Ron Livingston) i Robercie (Henry Thomas, którego fani horroru kojarzą z kilku netflixowych produkcji Mike’a Flanagana). Robert, geniusz poruszony ogromem nienawiści i zła na świecie, postanawia wymyślić lekarstwo na tę odwieczną bolączkę. Nie kończy się to jednak zbyt dobrze – zarówno dla niego, jak i świata. Pomysł może dobry, ale realizacja troszeczkę nie bardzo. Odcinek mnie po prostu znudził i nie pomógł nawet znakomity Henry Thomas. W sumie samo to opowiadanie nie było nigdy jakimś moim szczególnym faworytem. Ot, opowiastka, którą się przeczyta i wyrzuci z głowy.

„Piąta ćwiartka” („The Fifth Quarter”) to historia recydywisty (Jeremy Sisto), który ryzykuje świeżo odzyskaną wolność aby – celem zabezpieczenia przyszłości swojej rodziny – udać się w poszukiwaniu skarbu. O ile lubię kingowskie historie gangsterskie (takie jak znakomita „Śmierć Jacka Hamiltona”, która nota bene byłaby znacznie lepszym wyborem do tej antologii), to ta jakoś mi nie podeszła.
Ostatni pacjent na liście, czyli „Pokój autopsyjny nr 4” („Autopsy Room Four”). Howard Cottrell (Richard Thomas) trafia na stół sekcyjny. Niby nic nienormalnego, z wyjątkiem tego, że pacjent jest żywy. Niestety jednak sparaliżowany przez jad węża do tego stopnia, że nie może nikomu dać znać, że żyje. Na szczęście dr Katie Arlen (Greta Scacchi) przypadkowo odkrywa pewien sposób, jak postawić pacjenta na nogi. A nie, czekaj… to było w opowiadaniu, zaś w odcinku tego zabrakło. A szkoda. W każdym razie odcinek ten jakoś do mnie nie trafił.
W dalszym ciągu jednak widzę trochę więcej plusów, niż minusów. Niewątpliwym plusem jest też muzyka autorstwa Jeffa Beala, która oddaje klimat każdego odcinka. Szczególne ciary wzbudziła we mnie ta w odcinku „Crouch End”… mroczna, orientalna, doskonale obrazującą pierwotną grozę, kryjącą się w londyńskich zaułkach i pod brukami tego pięknego miasta.

Czy polecam? W sumie to tak. Na pewno polecam fanom Stephena Kinga, bo ci bez wątpienia wyłuskają coś dla siebie. Innym? Już tak niekoniecznie. Jak dla mnie, serial mógłby składać się z pięciu odcinków (tych moich ulubionych, a jakże) i byłoby już w pełni dobrze. Względnie z sześciu, przy czym zamieniłbym „Piątą ćwiartkę” na „Śmierć Jacka Hamiltona”. Ale… to tylko moja opinia. Obejrzyjcie sami, może odkryjecie w tym serialu znacznie więcej pozytywów, niż ja zdołałem.

Tytuł oryginału: Nightmares & Dreamscapes: From the Stories of Stephen King
Kraj pochodzenia: Stany Zjednoczone
Gatunek: Horror
Rok powstania: 2006
Reżyseria: Brian Henson, Mark Haber, Rob Bowman, Mikael Salomon, Sergio Mimica-Gezzan, Mike Robe
Scenariusz: Stephen King
W rolach głównych: William Hurt, Claire Forlani, Eion Bailey, William H. Macy, Tom Berenger, Kim Delaney, Steven Weber, Ron Livingston, Henry Thomas, Jeremy Sisto, Richard Thomas, Greta Scacchi

Ocena: 6,5/10

Recenzja: Piotr Cis
Zdjęcie: materiały prasowe

Spodobał Ci się nasz artykuł? Sprawdź inne filmowe recenzje!

Przeczytaj również: Życie bez pozwolenia – recenzja serialu Aitora Gabilondo
Przeczytaj również: Nadzieja umiera ostatnia… Recenzja filmu Grobowiec Świetlików
Przeczytaj również: The Royal Hotel – przedpremierowa recenzja!
Przeczytaj również: Przed wschodem słońca – recenzja filmu
Przeczytaj również: “Rumunia. Albastru, ciorba i wino” – recenzja. Rumunia, jakiej nie znacie
Przeczytaj również: Jakie wspomnienie chciałbyś przeżyć jeszcze raz? Recenzja książki “Fotograf utraconych wspomnień”
Przeczytaj również: Zanim zniknęli – czy słuchamy jeszcze tych artystów?

Nic dla Ciebie? Wybierz, co chcesz przeczytać!

recenzje książek
recenzje filmów
recenzje płyt
relacje ze spektakli teatralnych
artykuły o sztuce
recenzje komiksów
nowinki technologiczne

Ucz się z nami! Poczytaj o kulturze w obcym języku:

angielski
francuski
niemiecki
ukraiński

Sprawdź naszą ofertę wolontariatu – dołącz do naszej ekipy i buduj z nami Portal Proanima.pl!

Udostępnij:


2026 © Fundacja ProAnima. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Przejdź do treści