Jestem Kłos, złoty kłos pszenicy, który wyrósł na polach w Błędowicach. Zezłociłem się pod promieniami słońca. W lipcu przyjechały chłopaki i ścięli nas. Leżałem jakiś czas w stodole w snopku pszenicy, a obok leżały snopki owsa. Czekaliśmy jaki los nam wyjdzie, czy będzie z nas pasza dla zwięrząt, albo będzie z nas chleb. I tak wiedzieliśmy, że coś z nas będzie i że jesteśmy darem bożym, jak o nas mówią ludzie.
Pewnego popołudnia usłyszałem głosy. Była to wesoła rozmowa gospodyni Stasi Chroboczek i jej koleżanki. Wyciągnęły nas ze stodoły, rozdzieliły snopy na małe wiązki i zaczęły oplatać wokół wianka z kwiatów. I takim sposobem, ja Kłos zostałem częścią pięknego wieńca dożynkowego. Kiedy nas wyplatały to słyszałem, że będę w głównej roli na dożynkach w Błędowicach. Z dumy to mi pękły plewki i wysypało się kilka ziarenek.
Od ostatnich kłosów usłyszałem opowieści, jak to kiedyś bywało, kiedy kończyły żniwa. Na polu, które żęto jako ostatnie pozostawiano pas zboża, które dziewczęta ręcznie ścięły. Po drodze powrotnej z pola nazbierały polne kwiaty. Śpiewając piosenki wiły wieniec ze zboża i kwiatów polnych. Taki wieniec był podarunkiem dla gospodyni za żniwa i ten wieniec dzieweczki przynosiły gospodarzom z ostatnią furą. Gospodarze w podzięce za pracę na polu przygotowali pogoszczenie i zabawę dla parobków i tak powstała i utrzymała się do dzisiejszych dni tradycja dożynek.
Bardzo mi się podobało, jak jestem pięknie wplątany pomiędzy kwiaty i kłosy owsa i pszenicy. W ostatnią sobotę sierpnia ogród PZKO w Błędowicach pękał we szwach. Najpierw mnie nieśli w pochodzie od zamku błędowickiego, raczej mnie wieźli na traktorze a potem na scenie mnie w wieńcu przodownik dał gazdom Markowi Bystroniowi i jego żonie Lucynie, jako symbol tegorocznych plonów. Po śmiechu poznałem, że gaździna była jedną z tych, które mnie wplatały do wieńca. Już wiedziałem, że będę mieszkał w wesołym towarzystwie. W trakcie dożynek mnie sfilmowali nawet do telewizji, i wtedy słyszałem coś o tym, że pojedziemy za prezydentem Polski.
Podróż do Warszawy
Druga sobota września. Jestem załadowany do samochodu, nastawiamy nawigację i pędzimy po drogach i autostradach polskich wprost do Warszawy. Tam spotkałem inne kłosy z Litwy, rumuńskiej i ukraińskiej Bukowiny oraz Ukrainy wplecione do koron dożynkowych. Bo tam zamiast wieńców plecie się korony.
Wcześnie rano wyjechaliśmy do Spały, gdzie była ta największa impreza dożynkowa, jaką w życiu kiedy widziałem. Od rana czekałem aż przyjedzie pan prezydent Andrzej Duda z żoną Agatą. Muszę przyznać, że byłem oczarowany panią Agatą, zresztą wzajemnie. Ponieważ, kiedy pani Lucyna rozpoczęła…“gazdoszku, gaździnko otwiyrejcie wrota, bo wóm tu niesymy wiyniec ze szczerego złota…“ pani Agata zaraz pochwaliła, że nasz śląski wieniec z Błędowic jest najmilejszy, z tych które dotychczas widziała. Było to tak miłe dla mnie, że zostałem z radością na jej rękach. I tym sposobem pożegnałem się z Markiem i Lucyną i zamieszkałem u Andrzeja i Agaty Dudów. Teraz jestem dumnym reprezentantem Śląska cieszyńskiego w belwederskim pałacu prezydenckim w Warszawie. I takim sposobem mały kłos z Błędowic pojechał do Warszawy.
Artykuł został napisany w ramach projektu Akademia Dziennikarstwa Obywatelskiego na Wschodzie
Przeczytaj również ten artykuł w języku czeskim
“Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem
Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.”

