To na pewno nie jest klasyczny dokument ukazujący życie i twórczość artysty. To raczej blisko 2-godzinny kolaż, na który składają się fragmenty wywiadów, występów na żywo, urywków filmów i teledysków, w którym David Bowie opowiada sam o sobie. Kolorowy, szybki, wyrywkowy, pulsujący w rytm muzyki i jednocześnie bardzo wciągający.
O tym, że to doświadczenie indywidualne to trochę jakby nie powiedzieć nic. Na seansie w krakowskim Kinie Pod Baranami „Moonage Daydream” sala wypełniona była po brzegi ludźmi ubranymi w charakterystyczne, ekstrawaganckie stroje, nierzadko z namalowanymi czerwonymi błyskawicami na twarzach. Były koszulki, kolorowe włosy, czarne gwiazdy wyszyte na ubraniach i dreszcz ekscytacji. „Moonage Daydream” jest doświadczeniem intensywnym. Reżyser Brett Morgen stworzył poruszający dokument, w którym pokazuje zupełnie inne oblicze artysty, a sam film elektryzuje od pierwszych minut. Już po kilku pierwszych sekundach mamy pewność, że nie będzie to klasyczny, linearny dokument z gadającymi głowami, a niezwykła muzyczna podróż, której przewodnikiem będzie sam Bowie.
Osią, na której zbudowany jest film są fragmenty materiałów archiwalnych oraz zapisów dźwiękowych przemieszanymi z wypowiedziami artysty. „Moonage Daydream” to filmowy sen na jawie, w którym próżno szukać kadrów z dzieciństwa, wspomnień najbliższych muzykowi osób. Nie ma nic poza samym Bowiem. Dowiadujemy się tylko tyle, ile zechce nam powiedzieć. Dzięki temu mamy możliwość spojrzeć na artystę z zupełnie innej perspektywy. Choć film rozbrzmiewa muzycznymi kadrami z koncertów, to głównym tematem filmu jest filozofia życia, duchowość, przyziemność i wrażliwość Bowiego. Morgen skrupulatnie analizował wypowiedzi artysty, by finalnie stworzyć z nich obraz człowieka, który odważył się być sobą i przez całe życie szedł bezkompromisowo za głosem serca realizując
kolejne muzyczne projekty i sceniczne wcielenia.
Seans „Moonage Daydream” to niewątpliwie doświadczenie wizualne. Oglądamy bowiem świetnie zmontowany teledysk, który wprowadza nas w transowy stan, z którego budzimy się dopiero w momencie włączenia świateł na sali kinowej. Poszczególne sekwencje przenikają się ze sobą, tworzą kolaż wspomnień sklejonych księżycowym pyłem i stroboskopowym, pulsującym światłem. Ten z pozoru chaotyczny i fragmentaryczny obraz jest idealnym odzwierciedleniem twórczości Bowiego.
Obraz Bretta Morgena porusza, hipnotyzuje i zachwyca. To refleksyjny film o artyście – filozofie, który wciąż żyje w kulturze, muzyce i sztuce oraz niepowtarzalna możliwość spojrzenia na świat oczami.
Recenzja: Małgorzata Richter
Zdjęcie główne: bmg
Przeczytaj również: Beksiński w Lublinie. Relacja z wystawy
Przeczytaj również: Matkość – „Wszystkie jesteśmy mikrokosmosami i nosimy w sobie trzęsienia ziemi”
Przeczytaj również: Relacja z wystawy Immersive Garden w ramach Festiwalu Sztuki Cyfrowej Patchlab
Przeczytaj również: „No cóż, pustki w kieszeni, trzeba mordy malować” – parę słów o Witkacym
Znajdź ciekawe wydarzenia w naszej

