“Dom nie jest tam, gdzie się urodziłeś, ale tam, skąd nie chcesz już uciekać” powiedział egipski noblista Nadżib Mahfuz. Chęć przygody, przeżycia czegoś nowego i nauczenia się czegoś o samym sobie nieprzerwanie od wieków pcha nas do podróży, większych lub mniejszych. Dom, czyli wszystko to, co nas otacza się zmieniło tak samo jak my się zmieniliśmy. Jeżeli przyjąć tezę, że dom jest tam, gdzie najbardziej czujemy się u siebie, to czy będzie nadal tam, skąd wyjechaliśmy?
W książce “The Art of Coming Home” Craig Storti analizuje powszechne zjawisko szoku kulturowego z punktu widzenia powrotu do domu. Dom to idea oparta na poczuciu przynależności, bezpieczeństwa, ludzi, których znamy czy codziennych czynności. Należysz tam, to twoje miejsce. Ten koncept zostaje zaburzony wraz z przeniesieniem się do innego środowiska, najczęściej emigracji. Ludzie i codzienne czynności naturalnie się zmieniają, znika oczywiste poczucie przynależności i bezpieczeństwa. Na początku jest okres “miesiąca miodowego”, wszystko wydaje się fascynujące i nowe, potem następuje zderzenie z rzeczywistością i uświadomienie sobie, że pewne rzeczy denerwują, chcąc nie chcąc porównujemy je do domu. Departament Stanu U.S.A na swojej stronie poświęconej temu zagadnieniu załącza wykresy z krzywą obrazującą te etapy.
W pewnym momencie następuje rutyna. I tak się można zamknąć w takiej sinusoidzie. Potem jest podróż. Przygoda, codziennie nowi ludzie, wycieczki, zabawa. W końcu jednak następuje powrót i wtedy to wszystko powtarza się, tylko tak jakby odwrotnie.
Tyle czasu zajęło, żeby nauczyć się żyć w nowym miejscu i teraz po tym wszystkim , z całym tym bagażem doświadczeń trzeba odbudować to, co w jakiś sposób zostało utracone.
W książce “the Art of coming home” opisuje reverse culture shock jako sinusoidę analogiczną do szoku odczuwanego przy pierwszej konfrontacji z obcą kulturą. “W podróżach najlepsze są powroty”, usłyszałam kiedyś od jednej z moich nauczycielek w gimnazjum. Do pewnego momentu rzeczywiście tak było. Właściwie do momentu, gdy te podróże ograniczały się do krótkich wycieczek odskoczni od codzienności. Wszystko zmieniło się, gdy stały się one codziennością, a rutyna nabrała zgoła innego wymiaru.
Maciej, rocznik 90’ w czasie studiów licencjackich na wydziale sinologii UAM dostał się na stypendium do Kunmingu. W małym jak na chińskie realia, ponad 6-milionowym mieście przez rok szlifował chiński na tamtejszym uniwersytecie. “Po raz pierwszy poczułem, że jestem naprawdę daleko i że nie wsiądę tak po prostu w samolot, żeby przyjechać do domu”. “W Chinach żyłem szybko i intensywnie, ale ani przez chwilę nie poczułem, że jestem tam naprawdę, nie było tego poczucia przynależności. Przede wszystkim miałem wrażenie, że jestem na permanentnych wakacjach, takiej kolonii, masz wrażenie, że to nie dzieje się naprawdę.” “Mieliśmy na miejscu małą grupę Polonii w której się trzymaliśmy, ale trzeba przyznać, że nie przebierałem tam w ludziach. W takich miejscach jest tak, że jak tylko spotykasz kogoś z kim masz coś wspólnego, coś takiego jak wspólny krąg kulturowy, automatycznie się przyciągacie. Prawdopodobnie niekoniecznie trzymałbym się z tymi ludźmi w Polsce, ale tam było inaczej. Po przyjeździe do Polski pojawiła się nuda, brakowało tej adrenaliny, która była codziennością na stypendium, luzu. Pomyślałem, żeby wyjechać na magisterkę. Nie chodziło tylko o to, że studia za granicą są lepsze, ale miałem po prostu wrażenie, że tutaj nie wytrzymam, że będzie za mało bodźców z zewnątrz.”
Jednym z najczęstszych powodów frustracji po-powrotowej jest zderzenie z rzeczywistością i rutyną. Nuda na którą narzekają expaci (po powrocie określa się ich terminem re-paci) jest powszechna przyczyna frustracji i niezadowolenia. Euforia, która pojawia się bezpośrednio po powrocie, z czasem słabnie i wypełnia ją pustka. Wielu re-emigrantów zmaga się również z rozpamiętywaniem tego, co było i tak jak z idealizowali dom będąc z dala od niego, tak często na miejsce z którego wrócili patrzą z romantycznej perspektywy.
Matt urodził się w Kalifornii, mieszkał w Utah i Texasie, ale po dziesięciu latach życia w Stanach, wraz z bratem, tatą i mamą wrócili do jej rodzinnej Francji. Wcześniej spędzał tam wakacje, więc znał język i kulturę. Kolejny dłuższy wyjazd wydarzył się dokładnie dziesięć lat później, to dopiero wyjazd na Erasmusa do Finlandii był pierwszym doświadczeniem samodzielnego życia, z dala od domu, rodziny i przyjaciół. W Jyväskylä na północy kraju Muminków spędził dwa semestry wypełnione imprezami i zabawą, w międzyczasie studiując. W Finlandii znalazł też miłość, więc po powrocie skupiał się na tym, żeby znaleźć się gdzieś, gdzie mogliby być razem. Padło na Brukselę. Przez kolejne lata mieszkali razem w Belgii, potem przenieśli się na studia magisterskie w Szkocji.
“Mieszkając za granicą idealizujesz dom. Po powrocie do Francji był lekki szok, bo wróciłem do Marsylii, która w porównaniu do poukładanej i przewidywalnej Finlandii jest zupełnie innym światem. Jak poradzić sobie z szokiem po roku pełnym przygód, gdy wkrada się proza życia i trzeba się odnaleźć w diametralnie innej przestrzeni. Na Erasmusie jedynym na czym się skupiliśmy była kolejna piątkowa impreza, kupno jedzenia i picia. Kiedy wracasz pojawiają się inne wyzwania, praca, rachunki. Nie rozmyślam o tym co było, bo to nie ma sensu. To było zupełnie inne życie, wspominam to bardzo dobrze, ale to już jest za mną.”
Powrót do codzienności to przede wszystkim powrót do ludzi. Tęsknota za ludźmi doskwiera na emigracji. Wracając ludzie mają silną potrzebę podzielenia się swoimi doświadczeniami z tymi do których wrócili, gdy po-podróżnicza adrenalina jeszcze nie opadła. Często jednak, oprócz kurtuazyjnego kiwania głową podczas opowieści o szalonych wyprawach do dżungli czy wyprawie autostopem przez Tajlandię bliscy i znajomi są umiarkowanie zainteresowani. Po przyjeździe Maciej szybko uświadomił sobie, że ten wyjazd jest tylko w mojej głowie, ewentualnie rozumieją go ludzie z którymi był na miejscu. Tak się zdarza i często rodzi się z tego frustracja. Znajomi nie zalewają gradem pytań o to jak było. Z drugiej strony jak streścić cały ten “nasz” czas, opowiedzieć o wszystkich zawartych znajomościach. Czas spędzony na emigracji nie istnieje dla tych, którzy zostali. Ich życie płynęło, a nie zatrzymało się w miejscu i po powrocie to są już całkiem inni ludzie, inne miejsca. Maciej przytacza “Niewiedzę” Kundery, to, że ten czas spędzony na emigracji, po powrocie trzeba po prostu “amputować”
“Miałem takiego znajomego w dzieciństwie, kiedyś często się widywaliśmy, spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu”, opowiada mi Matt. Od kiedy na stałe wróciłem do Francji ciężko doprosić się, żeby przyjechał do Marsylii kilkanaście kilometrów, żeby się spotkać. Matt nie ma jednak żalu, zdaje sobie sprawę, że on ma teraz swoje życie i nie jest tak, że wszyscy rzucą swoje sprawy, bo on jest na miejscu.
ŻYCIE W DWÓCH ŚWIATACH
“Pomyślałem, żeby wyjechać na magisterkę. Nie chodziło tylko o to, że studia za granicą są lepsze, ale miałem po prostu wrażenie, że tutaj nie wytrzymam, że będzie za mało bodźców z zewnątrz”. Po obronie licencjatu Maciej dostał się na magisterkę na londyńskim SOAS-ie, marzeniu każdego orientalisty, lewicującej uczelni mającej w swojej ofercie takie kierunki jak joga czy współczesna myśl tybetańska. On wybrał translacje chińsko-angielską, w swojej grupie był jedną z dwóch osób dla których chiński nie był językiem ojczystym. ”To już było prawdziwe życie. Dwa lata w Londynie kręciły się wokół studiów, pracy i treningów, które były oazą i swoistym ukojeniem w tej gonitwie. Londyn jest trochę bliżej, obawiałem się trochę dalszego wyjazdy, brałem pod uwagę Tajwan, ale wiedziałem, że wtedy mogę stracić w Polsce więcej, że może będzie nieporównywalnie trudno stworzyć silne relacje na nowo po trzech latach na drugim końcu świata. Dzięki bliskości Londynu miałem możliwość dosyć regularnie przyjeżdżać do Polski. Im dłużej tam żyłem, tym bardziej uświadamiałam sobie, że prowadzę dwa różne życia, z różnymi znajomymi, w dwóch odmiennych światach. “W jakimś momencie pomyślałem sobie, że właściwie mógłbym zostać tu na stałe, ale zrozumiałem, że jak masz do czego wracać, to taki pobyt staje się mniej sensowny”.
Ali wyjechał ze swojego rodzinnego Teheranu w 2007 roku. Chciał przez chwilę przeżyć coś innego i tak już jest ponad dziesięć lat poza domem. Najpierw trzy lata w Stambule, potem dwa w Tbilisi i w końcu Warszawa. Do Iranu co jakiś czas wraca, wciąż ma tam mieszkanie, które wynajmuje, a w piwnicy, która do niego przynależy czekają rzeczy, które zostawił wyjeżdżając “na chwilę”. “Iran bardzo się ostatnio zmienił, zarówno politycznie jak i ekonomicznie. Pojawiła się nowo klasa ludzi nowo-bogackich, którzy swoje pieniądze bardzo chętnie pokazują w internecie. Obserwuję te zmiany zarówno w sieci jak i rzeczywistości i właściwie nijak ma się to do kraju, który zostawiłem. Żyjąc długo na emigracji ma się pewne wyobrażenie domu i ludzi, którzy tam zostali. Okazuję się jednak, że to iluzja, jedynie wizja w głowie, która w konfrontacji z rzeczywistością może odbić się czkawką. Ali przyznaje, że sam się zmienił. Obserwując te zmiany ma wrażenie, że jego poglądy brzmią jak mądrości kogoś, kogo pamięta jako zrzędliwego pana w średnim wieku. Mimowolnie stał się konserwatystą. Sam kiedyś tym gardził. Iluzją są też ludzie, którzy kiedyś byli bliscy, a z biegiem czasu to, co nas do nich ciągnie to wspomnienie tego co było. “Podczas mojej ostatniej wizyty w domu zaprosiłem paru starych znajomych. Kiedyś wszyscy trzymali się razem, ale podczas tego spotkania było jakoś inaczej. Zorientowałem się , że ci ludzie, którzy kiedyś bardzo często się ze sobą spotykali, już nie są tak blisko. Nie miałem pojęcia”
Podobnie jak w przypadku emigracji, gdzie stan emocjonalny można porównać do sinusoidy, tak samo przy powrotach wyróżnia się kilka etapów. Po okresie frustracji i zniechęcenia przychodzi zwykle względny spokój. Perspektywa patrzenia na rzeczywistość ewidentnie się zmienia, ale często też docenia się pewne rzeczy. “Bardzo doceniam to, co teraz mam. Już w Chinach po raz pierwszy doceniłem takie rzeczy jak Boże Narodzenie”. Maciej z uśmiechem wspomina jak razem z przyjaciółmi zorganizowali tak Gwiazdkę. “Były kolędy i choinka, ludzie ubrali się odświętnie. Czułem, że wszyscy włożyli w te przygotowania bardzo dużo serca”. Wtedy inaczej zaczął myśleć o domu. Gdyby nie miał tu przyjaciół, pewnie byłoby inaczej, ale nauczył się zachwycać tymi małymi rzeczami, które są w domu. “Z drugiej strony wiesz ile jest możliwości i jak wiele można zobaczyć. Cokolwiek wybierzesz, zawsze coś stracisz”. Maciej przyznaje, że jego szaleńcze alter ego cały czas gdzieś siedzi w głowie i co jakiś czas stacza ze sobą wewnętrzną walkę i bije się z myślami. Póki co, dom jest w Polsce, tam, gdzie rodzina.
“Dom jest wszędzie tam, gdzie mogę założyć wygodne spodnie”, mówi Matt pokazując mi swoje dresy. Wychowując się w różnych miejscach i spędzając swoje dziecięce i wczesnonastoletnie lata w różnych środowiskach nie wsiąka się w miejsca tak mocno. Zaciągając się papierosem dodaje, że we Francji zdecydowanie może założyć swoje wygodne dresy. Poza tym Francuzi wiedzą jak cieszyć się życiem. W Szkocji rano pije się gazowany napój pseudo pomarańczowy, Belgowie są bardzo “ułożeni”. We Francji docenia się przyjemności. I on też bardzo lubi delektować się tym kawałkiem idealnie dojrzałego sera nad lampką czerwonego wina.
Julia od zawsze była outsiderką w rodzinnym Śremie wzbudzała swoiste zainteresowanie swoim, dla niektórych, awangardowym stylem i niecodziennym sposobem bycia. Mieszkając w domu rodzinnym nigdy na poważnie nie mieszkała o życiu za granicą, jednak w pewnym momencie zaczęła się przygoda z autostopem. Tak trafiła do Serbii, spędziła tam kilka miesięcy i zakochała się w bałkańskim stylu życia. Wróciła do Polski, ale już z permanentną myślą tylko o tym jak będzie jak kolejny raz wyjedzie za granicę. W końcu na jednej z kolejnych wypraw stopem poznała grupę Holendrów, którzy stwierdzili, że musi z nimi pojechać do Amsterdamu. Pojechała. Widok ludzi jeżdżących na rowerach o czwartej nad ranem spodobał jej się tak bardzo, że po dwa tygodnie później miała już tam wynajęte mieszkanie. Do Polski wróciła tylko po rzeczy. “W Holandii spędziłam pięć lat minus rok podróży po Ameryce Południowej w zeszłym roku”. Lubiłam tę wolność, otwartość społeczeństwa, to, że nikt nikomu niczego nie narzuca. Z drugiej strony miałam wrażenie, że tam jest trochę tak, że już wszyscy jesteśmy równi i nie ma czegoś takiego jak szacunek do osób starszych czy silne więzi rodzinne. “To jest coś, co podoba mi się w Polsce” . Julia wróciła do rodzinnego Śremu, żeby dokończyć pracę nad książką o jej wyprawie do Ameryki Południowej w 2016 roku. Pojechała tam ze znajomym i wspólnie przez ponad rok zwiedzili prawie cały kontynent. “Teraz w Polsce trzyma mnie właściwie tylko myśl, że niedługo stąd wyjadę. Za kilka miesięcy przenoszę się do Bośni, a potem do Serbii”. Po tych wszystkich latach spędzonych poza domem Julia czuję się w Polsce kompletnie nie na miejscu. Wszystkie przeżycia, których doświadczyła rzuciły zupełnie nową perspektywę na postrzeganie rzeczywistości tu na miejscu. “Oczywiście zauważyłam zmiany ekonomiczne, ale mentalność jest nadal w powijakach”. Przyznaje, że chyba tak naprawdę nigdy nie czuła się tutaj u siebie. W tej chwili jej dom ogranicza się do domu rodzinnego, z kilkorgiem znajomych, którzy są jeszcze na miejscu spotyka się u nich, albo zaprasza do siebie do domu. “Jestem teraz kompletnie odcięta, nie oglądam wiadomości, nie głosuję w wyborach, bo uważam, że decydowanie o czyimś losie podczas gdy nie mieszka się w tym kraju jest hipokryzją”. “Obserwuję ludzi, którzy wchodzą w tę samą rutynę co ich rodzice, w pewnym momencie jest im wygodnie, już niczego nie chcą odkrywać ani niczego nowego się uczyć. Julia mówi, że ona ma zupełnie inaczej, chce korzystać z tego, co jest dokoła i wyciskać z tego jak najwięcej. Widać, że ma w sobie energię i piękno kogoś, w kim kryje się niepohamowaną ciekawość. Z ogromnym uśmiechem na twarzy opowiada mi o podróży w Ameryce, o ludziach których tam poznała, o domach de facto obcych ludzi w których była traktowana jak członek rodziny. “Ta wolność jest niesamowita”. Brazylia jest miejscem, które chciałaby wybrać na swoją “bazę”. Życie zgodnie z naturą, klimat i ludzie, którzy się tak nie przejmują.
ŻYCIE TO DROGA
Julia opowiada mi o swoich przyjaciołach rozsianych po całym świecie i o tym jak, pomimo tego, że rozmawia z nimi raz na kilka miesięcy ma wrażenie, że ten czas, kiedy nie mieli kontaktu wcale nie minął. “W Amsterdamie też już nie widziałam perspektyw, ludzie są nam nastawieni na to, żeby “mieć”. To samo zauważyła w Poznaniu w którym studiowała. “To jest zastaw się, a postaw się. Ja nie chcę się zatopić w tym konsumpcjonizmie, a szybko wchodzi się w ten świat, jeżeli się w nim na co dzień żyje”. Generacja Y w przeciwieństwie do pokolenia swoich rodziców w o wiele mniejszym stopniu przywiązują wagę do posiadania domu czy auta, a jednym z priorytetów ludzi urodzonych po 85 roku jest mówiąc ogólnikowo “przeżywanie doświadczeń. “Widzę ludzi, którzy robią dokładnie to samo, co ich rodzice, kredyt, auto, wczasy w kurorcie. Ja teak nie chcę”. Wydaje się, że Julia ma swoje miejsce wszędzie tam, gdzie czuje się wolna, nieskrępowana. W czasie podróży po Ameryce razem z Krzysiem z którym tam była mieli taką grę. Wspominali gdzie w domach w których gościli znajdowały się kosze na śmieci. Trochę ich naliczyli. Sama przyznaje, że jak już wiesz, gdzie jest kosz, to czujesz się jak u siebie.
“Nigdy nie patrzyłem na życie w taki sposób, że gdzieś jest to jedno konkretne miejsce, w którym będę szczęśliwy. Dla mnie to droga, a każde miejsce to jakiś przystanek”. Ali w końcu przyznaje, że w tej chwili w Warszawie czuje się dobrze i może powiedzieć, że to jego miasto. Teheran już nim nie jest. “Myślę, że jeżeli tak naprawdę chcesz poznać swoje miasto, to musisz z niego wyjechać. W przeciwnym razie pewnych rzeczy w ogóle nie dostrzeżesz. Ja to widzę jako drogę”. Mieszkając w Warszawie Ali ma o wiele mocniejsze więzi z innymi Irańczykami, którzy wyjechali do Europy. Bardzo łatwo spędzić weekend w Paryżu i porozmawiać z kimś kto tak samo jak on ma od czasu do czasu syndrom Ulyssesa. Tutaj nie imprezuje się tak jak w Iranie, socjalizacja jest zupełnie inna, a te zdjęcia, które ktoś udostępnił na Instagramie z tej super imprezy to wydarzenie w skali miesiąca. Ali wspomina ostatnie spotkania w Teheranie.
Przyznaje, że wiele z nich upływa pod znakiem wspomnień z dawnych czasów. Nazywa to bierną przyjaźnią. “To jest fajne na jeden wieczór”- dodaje. “Gdybym miał wrócić do Iranu, musiałbym jednak zbudować te przyjaźnie na nowo”.
Ali chce wrócić do Iranu, ale jeszcze nie teraz i z pewnością nie do Teheranu. Teraz dom jest tam, gdzie czuje się komfortowo, bo przyznaje, że w Gruzji mieszkał przez jakiś czas w hostelu, niekiedy śpiąc w recepcji i to też był dom, to było super doświadczenie. Tak sobie rozmawiamy, Ali urywa na chwile, po czym kończy naszą rozmowę mówiąc mi jaki był jeden z najważniejszych powodów dla których wyjechał. “Kiedy masz dom, musisz go utrzymywać, konserwować, dbać o te wszystkie rzeczy. Tak zrobili moi rodzice i przez to stali się konserwatywni. Ja chciałem poczuć jak to jest tego nie mieć, poczuć swoistą bez-dom-ność i zobaczyć jak to jest, gdy się tego fizycznie nie ma”.
Artykuł: Julia Kapała
Zdjęcia: materiały prasowe
Spodobał Ci się nasz artykuł? Zobacz nasze inne artykuły, również po angielsku i ukraińsku!
Przeczytaj również: “Pięć diabłów” – recenzja
Przeczytaj również: Zapaść. Reportaże z mniejszych miast, Marek Szymaniak – recenzja
Przeczytaj również: Klaudia Muniak – najlepsze książki
Przeczytaj również: Katarzyna Grochola: od „Nigdy w życiu” do „Ja wam pokażę”
Przeczytaj również: Zofia Nałkowska: życie w domu nad łąkami
Znajdź ciekawe wydarzenia w naszej

