Przed kilkoma dniami swoje pięćdziesięciolecie pracy artystycznej obchodził Andrzej Grabowski. Wybitnego aktora nie trzeba raczej nikomu przedstawiać, jego twarz posiada w końcu jedna z najważniejszych postaci polskiej popkultury – Ferdynand Kiepski. Ten bezrobotny mieszkaniec Wrocławia stał się portretem Polaka w krzywym zwierciadle. Można go zatem postawić obok innych ikon takich jak inżynier Karbowski czy Adam Miauczyński. Tym razem nie skupię się na Ferdku Kiepskim – choć to najbardziej znana kreacja Andrzeja Grabowskiego, to jednak nie jedyna. Aktor od wielu lat związany jest z Teatrem im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Zagrał tam wiele ról, ale najważniejszą dla mnie była tytułowa w Chorym z urojenia Moliera. Doznałem na własnej skórze czym jest magia aktora…
Jako dziecko lat 90. wychowywałem się na serialach emitowanych na Polsacie m.in. Świat według Kiepskich, Rodzina zastępcza czy Miodowe lata. Codziennie na moim ekranie gościli Piotr Fronczewski, Gabriela Kownacka czy właśnie Andrzej Grabowski. Jak ja uwielbiałem postacie grane przez tych aktorów. Dlatego, gdy w liceum zorganizowano wyjście na Chorego z urojenia gdzie główną rolę grał mój ówczesny idol, poszedłem z ekscytacją. A sam teatr? Traktowałem wtedy takie wyjścia jaką odskocznię od szkolnych zajęć. Lubiłem to, ale to był wyłącznie przerywnik. Postać Richarda Gera z Pretty Woman wypowiada kwestię, że operę kocha się albo wręcz przeciwnie. Tak samo jest z teatrem, o czym przekonałem się tamtego dnia.
Zasiadłem na widowni bez większych oczekiwań. Podobał mi się Skąpiec Moliera, ale Chorego z urojenia nie czytałem. Przyszedłem głównie po to żeby zobaczyć na żywo Ferdka Kiepskiego. I to akurat się nie udało. Zobaczyłem za to wybitnego aktora Andrzeja Grabowskiego. Od tego przedstawienia minęło już z dziesięć lat, a ja nadal pamiętam grę mistrza. Głos, mimikę i gesty. Na scenie było wielu dobrych aktorów i aktorek, ale dominował Grabowski. Był niczym imperator wyobraźni widowni. Całkowicie kontrolował publiczność. W interpretacji Grabowskiego Argan budzi śmiech i współczucie. Nie dało się pozostać obojętnym. Najbardziej jednak pamiętam spojrzenie. Miałem wrażenie, że każdą kwestię Grabowski wypowiadał bezpośrednio do mnie. Czułem jakby grał specjalnie dla mnie. Poczułem się istotnym elementem tego misterium. Zrozumiałem, że uczestniczę w czymś wyjątkowym i niepowtarzalnym. To było niezwykłe doświadczenie. Ustami Andrzeja Grabowskiego przemówił do mnie teatr. Całkowicie skupiłem się na scenie Teatru Słowackiego. Nigdy nie myślałem, że to napiszę, ale pewnie wyglądałem wtedy jak Julia Roberts w Pretty Woman. Rozpalone policzki, lśniące oczy i uśmiech. Sztuka mnie pochłonęła. I wtedy zakochałem się w teatrze. Przestał mi być obojętny. Teraz, za każdym razem, gdy siedzę na widowni, czuję jakbym przenosił się do mimetycznej rzeczywistości, która pozwala mi znaleźć odpowiedzi na pytania, których boję się zadać.
Wyspiański w Studium o Hamlecie opisuję aktorów jako tych, którzy mają pokazywać ludziom ich słabości i ukryte dążenia. Są zwierciadłem, w którym publiczność ma się przejrzeć. Ja zobaczyłem siebie w Arganie w wykonaniu Andrzeja Grabowskiego. Uderzyło mnie to i poruszyło, jak nigdy wcześniej. To było katharsis. Moje pierwsze. Zostawiłem tam cząstkę siebie. Nie tylko ja. Wyspiański stwierdził, że aktorzy grając czerpią ze swojego wnętrza tj. z własnych doświadczeń. Czyniąc to otwierają się przed widzem. Stają się postaciami, które przyszło im grać. A przedstawienie staje się wtedy prawdą. W innym wypadku skończyłoby się porażką. Fałsz w kreacjach aktorskich nie przemówiłby do widza i nie uruchomił dialogu między sceną a widownią. W swoim dziele o Hamlecie, młodopolski geniusz, utyskiwał, że aktorów nazywa się błaznami. Tak było też w wypadku Andrzeja Grabowskiego – był dla mnie błaznem grającym w sitcomie opartym na ordynarnych i prostackim humorze. Chory z urojenia pokazał mi, że to prawdziwy artysta, który zostawia całego siebie na scenie. Dlatego przemówił do mnie. Andrzeja Grabowskiego należy zatem prędzej zaliczyć do pocztu wielkich aktorów, którzy grali w Teatrze Słowackiego: Modrzejewskiej, Solskich, Siemaszkowej czy Osterwy. To byli prawdziwi władcy i władczynie teatru. Takim królem dla mnie jest Andrzej Grabowski.
tekst: Sebastian Robert Wąsowski
redakcja: Justyna Zięba
zdjęcie: Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

