Array
(
    [0] => https://proanima.pl/wp-content/uploads/2024/06/Przed-Wschodem-Slonca.jpg
    [1] => 180
    [2] => 180
    [3] => 
)
        

16 czerwca (data nieprzypadkowa) w krakowskim Kinie pod Baranami miałem przyjemność obejrzeć Przed wschodem słońca, film Richarda Linklatera z 1995 r. Seans rozpoczyna trzecią odsłonę cyklu Filmów Wszech Czasów, w ramach którego we wcześniejszych latach wyświetlono takie arcydzieła jak Tron we krwi Kurosawy czy Dwunastu gniewnych ludzi Lumeta. O kultowym dziele Linklatera słyszałem i czytałem wiele, a okazja do obejrzenia go nadarzyła się właśnie teraz – dodatkowo na tradycyjnej taśmie 35mm. Czy było warto poświęcić prawie dwie godziny życia i czy rzeczywiście jest to jeden z filmów wszech czasów?

Amerykanin Jesse (Ethan Hawke) i Francuzka Celine (Julie Delpy) spotykają się po raz pierwszy 16 czerwca (sic!), w pociągu jadącym do Paryża. Przypadkowa pogawędka zamienia się w długą rozmowę, która wciąga oboje bohaterów tak, że postanawiają ją kontynuować w Wiedniu. Rozmawiając oraz spacerując po uliczkach austriackiej stolicy, stają się coraz bardziej zafascynowani i pochłonięci sobą. Zakochują się, a zewnętrzny świat przestaje dla nich istnieć. Nadejście świtu jednak uniemożliwia rozwinięcie tej relacji – Celine wsiada do pociągu, a Jesse jedzie na lotnisko. Film Linklatera nie zaskakuje twistami fabularnymi, nie epatuje nagością, ani nie ogłusza melodramatyczną muzyką. Znajdziemy w nim jednak coś o wiele cenniejszego – rozmowę.

Trzonem Przed wschodem słońca jest dialog Jessego i Celine, prowadzony przez większość filmu. Zaczynają od błahych tematów, a kończą na filozoficznych refleksjach o miłości i śmierci. Ponadto rozmowa Amerykanina i Francuzki przebiega dwoiście: oczywiście werbalnie – droczą się ze sobą, podpuszczają wzajemnie i flirtują, a każde słowo padające z ich ust jest przemyślane, nie ma tutaj przypadkowych frazesów; ma też ona jednak wymiar niewerbalny – zawsze patrzą sobie głęboko w oczy, nie unikają kontaktu fizycznego, obdarowują się uśmiechami. Najważniejsze zdanie w romantycznych historiach, czyli „kocham cię”, nie zostaje wypowiedziane ani razu, lecz wybrzmiewa w ich gestach, ruchach ciała oraz mimice twarzy. Celine i Jesse boją się wypowiedzieć tych dwóch słów, ale nie potrafią ukryć swoich uczuć. Ta ich młodzieńcza, czysta i naiwna miłość jest wręcz namacalna. Jest to w głównej mierze zasługa aktorów, dzięki którym relacja Jessego i Celine jest bardzo autentyczna oraz naturalna. Chemia między Delpy a Hawkem wylewa się z ekranu, otulając widza. Pierwsze pogawędki są pełne ciekawości i fascynacji, ale również niezręczności oraz skrępowania. Wstyd zostaje zastąpiony bliskością, a bohaterowie się ze sobą oswajają. Reżyser tak wiernie oddał perypetie miłosnej relacji młodych ludzi, że Przed wschodem słońca potraktować można wręcz jako studium młodzieńczego zakochania.

Dopełnieniem klimatu tej romantycznej opowieści jest Wiedeń, będący także trzecim głównym bohaterem. Stolica Austrii, tak samo jak mój rodzinny Kraków, należy do specyficznego rodzaju miast, będących za dnia sennymi i apatycznymi, by w nocy kipieć energią i życiem. Wiedeń Linklatera ma natomiast jeszcze jedno oblicze – oniryczne. Spotkanie Jessego i Celine jest piękne jak sen, z którego muszą się w końcu obudzić; jest zerwaniem z dotychczasową rzeczywistością bohaterów świadomych, że będą musieli wrócić do swoich światów, a wspólnie spędzony czas pozostanie tylko chwilą zapomnienia. Wędrując po Wiedniu stykają się z postaciami z pogranicza jawy i snu. Samostwarzające się swoiste byty, takie jak poeta dekadent czy wróżbitka, posiadają własną logikę i sens istnienia, oraz wpływają na tok rozmowy prowadzonej przez Francuzkę i Amerykanina. Odkrywają przed nimi nowe sfery warte przegadania, ale również uwypuklają istniejące między nimi różnice. Sama ich relacja romantyczna zaczyna się pocałunkiem na diabelskim młynie przy zachodzącym słońcu, a kończy się wraz z nadejściem świtu – miłość ta jest więc niczym sen.

Film Linklatera to nie tylko wiwisekcja młodzieńczej miłości. Po pierwsze, porusza kwestie znaczenia i siły rozmowy. Celine wysuwa tezę, że jeśli Bóg istnieje, to nie kryje się w każdym człowieku, a objawia się w relacjach, czyli rozmowach – dialog staje się więc absolutem, aktem hierofanii oraz niezwykłością rodzącą się ze zwykłej czynności. Po drugie, jest to pochwała chwil wydarzających się znienacka i nie trwających zbyt długo; są drobnym epizodem w życiu człowieka, ale mają kardynalny wpływ na jego wnętrze. Te niepozorne momenty można nazwać chwilami kruchej wieczności, które szybko przemijają, lecz istnieją w nas do końca życia. Wywołują sprzeczne uczucia, takie jak smutek oraz radość. Najlepiej oddaje to ostatnie ujęcie Celine po pożegnaniu z Jessem – jej oczy są pełne tęsknoty i świadomości, że to już koniec. Spacer po nocnym Wiedniu, nieuchwytny i magiczny, warty był uczucia smutku. Celine nigdy nie zapomni przypadkowej rozmowy w pociągu, która przeobraziła się w niezwykłą opowieść. Każdy z nas ma takie chwile kruchej wieczności – mam przynajmniej taką nadzieję. Może to być taniec na letniej imprezie albo całonocna rozmowa o makaronie z serem. Coś tak paradoksalnie zwyczajnego, że aż wyjątkowego. Według mnie film Linklatera opowiada o delektowaniu się takimi właśnie ulotnymi chwilami.

Przed wschodem słońca zachwyciło mnie absolutnie. Takich filmów – niespiesznych, delikatnych i opartych na dialogu dwóch postaci – już się nie kręci. Żałuję, że tak jest, ale na szczęście zawsze można wrócić do filmów wszech czasów, takich jak arcydzieło Richarda Linklatera.

 

tekst: Sebastian Robert Wąsowski
redakcja: Matylda Raźna
zdjęcie źródło: FILWEB

Udostępnij:


2026 © Fundacja ProAnima. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Przejdź do treści