“Yang” – recenzja filmu – “Co jest takiego wyjątkowego w byciu człowiekiem?” – czyli raz jeszcze o posthumanizmie, istocie człowieczeństwa i przemijaniu. Koreański reżyser Kogonada tworzy oryginalną adaptację opowiadania Saying Goodbye to Yang Alexandra Weinsteina, podczas której zabiera nas w podróż widzianą oczami samego androida.
Wizyta w banku wspomnień
Yanga poznajemy w momencie niezwykle osobistym i intymnym. Patrzymy bowiem na członków rodziny androida z jego perspektywy. Film zaczyna się kadru ukazującego fotografię rodzinną, którą wykonuje Yang. Jest to zapowiedź dalszych wydarzeń, jednak już na samym wstępie dostajemy informację o tym, że chłopak lubuje się w uwiecznianiu ważnych dla niego momentów.
Problemy zaczynają się jednak przy scenie niewątpliwie kontrastującej z resztą filmu. Mowa tutaj o niezwykle wesołej sekwencji tanecznej, w której to członkowie rodziny Yanga grają wspólnie w grę familijną. Chłopiec nieoczekiwanie psuje się, co stanowi zawiązanie akcji dla reszty filmu. Problemy z przywróceniem Yanga do życia niewątpliwie silnie oddziałują na całą rodzinę. Najbardziej przeżywa to Mika. Android był przeznaczony specjalnie dla niej po to, aby czuła się związana ze swoją kulturą. Yang bowiem jest tak zwanym kulturowym techno, który rzuca ciekawostkami o Chinach jak z rękawa, jednak przy okazji odgrywa też inną, ważniejszą rolę, zarówno w życiu Miki, jak i całej rodziny. Mimo że między androidem a rodzicami istnieje pewien “dystans gatunkowy”, “śmierć” chłopaka wywiera na wszystkich ogromne wrażenie. Można zatem powiedzieć, że film Kogonady jak najbardziej traktuje o przeżywaniu żałoby.
Żałoba ta i zrozumienie istoty, jaką był Yang, zostają zobrazowane w osobliwy sposób. Ojciec prowadzi bowiem śledztwo mające na celu zlokalizowania kogoś, kto mógłby wskrzesić androida. Podczas tych poszukiwań Jake (Colin Farrell) dokonuje zupełnie nieoczekiwanych odkryć, które wpłyną na całą rodzinę oraz na postrzeganie przez niego tzw. techno-sapiens. Okazuje się bowiem, że Yang był androidem eksperymentalnym, który jako jeden z niewielu miał zdolność do zachowywania istotnych dla niego wspomnień. Kogonada zaprasza nas zatem na podróż w głąb banku wspomnień chłopca, który na przestrzeni wielu lat towarzyszenia zmieniających się właścicieli stworzył album najważniejszych dla niego momentów. Jesteśmy świadkami (post)humanistycznej drogi – odnoszącej się zarówno do bogatego w każdym aspekcie życia androida, jak i drogi do zrozumienia znaczenia egzystencji Yanga przez ojca Miki.
Sztuka niedopowiedzenia
Minimalistyczne wnętrza, rośliny w autonomicznych autach oraz przygaszone kadry – wszystko to kojarzy nam się z estetyką solarpunkową, która zakłada skupienie się na proekologicznych postawach i życiu w harmonii z naturą przez ludzkość przyszłości. Bohaterowie “Yanga” faktycznie żyją w duchu poszanowania natury, na próżno szukać w ich postawie konsumpcjonistycznego podejścia do życia. Ich stroje zdają się być wykonane z trwałych i naturalnych materiałów, podobnie jak dom, w którym prowadzą wspólną egzystencję. Możemy zatem spodziewać się, że Kogonada wykreował w swoim filmie świat postkapitalistyczny, multikulturowy i pozbawiony ponurych wizji na temat przyszłości, które są tak bardzo znamienne dla filmów z nurtu cyberpunk. Niestety, świat reżysera nie jest wolny od problemów – możemy jedynie domyślać się, że ludzkość przeżyła jakiś kryzys płodności, który wywołał potrzebę klonowania, adopcji lub wypełniania macierzyńskich potrzeb obecnością techno-sapiens, takich jak Yang. Na tym właśnie polega sztuka rzemiosła Kogonagi, którego świat przedstawiony możemy zbudować sobie sami na podstawie licznych niedomówień. Nic nie jest powiedziane w filmie wprost, dzięki czemu wskazuje to widzowi rozmaite ścieżki interpretacyjne.
Pytania, które już były
Film Kogonady jest jak wspomniana przez jednego z bohaterów filiżanka herbaty – zawiera w sobie esencję całego świata, a w tym najbliższe człowiekowi pytania. Reżyser nie proponuje jednak niczego, co dla amatorów kina s-f byłoby czymś odkrywczym. Można właściwie rzec, że pytania o istotę człowieczeństwa, wady antropocentrycznego spoglądania na świat czy tematyka przemijania to coś, co filmy fantastycznonaukowe już dogłębnie przerobiły. Istnieje jednak pewna czułość w dziele Kogonady, obok której trudno przejść obojętnie. Ten wyciszony, minimalistyczny w niemal każdym aspekcie film oferuje nam multum emocji. Sprawia, że na chwilę możemy się zatrzymać i wspólnie pokontemplować z bohaterami przy wcześniej wspomnianym rytuale parzenia herbaty.
Wprawiony widz filmów z gatunku science fiction dostrzeże też zapewne podobieństwa między dziełem Kogonady a “Łowcą Androidów” Ridleya Scotta opartego na powieści Philipa K. Dicka. Nie polegają one jednak jedynie na próbie poruszenia tematyki istoty człowieczeństwa, ale także na kreacji głównego bohatera i tego, jaką drogę przechodzi, aby odkryć prawdę o Yangu. Możemy porównać go do detektywa rodem z filmów noir, z motywów których Scott (lub sam Philip K. Dick) jawnie korzystał. Także sposób podejścia głównego bohatera Jake’a do sztucznej inteligencji lub klonów przypomina nam do złudzenia początkowy stosunek Deckarda z “Blade Runnera” do androidów. Oczywiście, postać ojca Miki w “Yangu” nie charakteryzuje się jawną pogardą czy agresją w stronę techno-sapiens czy klonów, jednak możemy dostrzec u niego pewne niezrozumienie oraz antropocentryczny stosunek w stronę tych istot, który ulega stopniowej i subtelnie zarysowanej przemianie wraz z rozwojem śledztwa. To właśnie jeden z sukcesów Kogonady – reżyser w sposób niezwykle wyważony rysuje przemianę wewnętrzną głównego bohatera, ale także jego wady w podejściu do przybranego syna. Uświadamia nam, że mężczyzna, choć faktycznie nazywa go swoim synem, nie jest wolny od uprzedzeń, a także jest niejako odpowiedzialny za budowanie przepaści między techno- a homo sapiens.
“Yang” to film o ogromnym ładunku emocjonalnym, lecz na próżno doszukiwać się w nim pocieszenia czy utopijnych wizji przyszłości. Znajdziemy w nim bowiem mnóstwo niepokoju, ale też przeszywającej tęsknoty za czymś, co już minęło. Zanurzanie się w kosmosie wspomnień Yanga to zatem bolesna dla widza podróż. Mimo że Kogonada nie stawia nowych dla fanów cyberpunkowych klimatów pytań, to kompletnie redefiniuje język opowiadania o budzeniu się świadomości w filmach z nurtu fantastyki naukowej.
Recenzja: Nina Zajączkowska
Zdjęcia: materiały prasowe
Spodobała Ci się nasza recenzja “Yang”? Zobacz nasze inne artykuły, również po angielsku i ukraińsku!
Przeczytaj również: Pod obcym niebem, Sylwia Kubik – recenzja
Przeczytaj również: Zapaść. Reportaże z mniejszych miast, Marek Szymaniak – recenzja
Przeczytaj również: Klaudia Muniak – najlepsze książki
Przeczytaj również: Katarzyna Grochola: od „Nigdy w życiu” do „Ja wam pokażę”
Przeczytaj również: Zofia Nałkowska: życie w domu nad łąkami
Znajdź ciekawe wydarzenia w naszej

